Dzieje się tak za sprawą wygaszenia większości przywilejów emerytalnych. Za tą dobrą decyzją rządu nie idą jednak kolejne – wydłużenie wieku emerytalnego, likwidacja limitów dorabiania czy 4-letniej ochrony przed zwolnieniem starszych osób. Co gorsza, rząd chce pozbawić etatów ponad 50 tys. pracujących emerytów.

Na początek klika danych. W ZUS emerytury pobiera obecnie (dane za październik) 4,99 mln osób. A na początku tego roku było ich 5 mln. Mimo że w wiek emerytalny wchodzą roczniki urodzone w powojennym wyżu demograficznym, zaczęła maleć liczba emerytów. Przełom, po 20 latach nieustannego wzrostu ich liczby, dokonał się w listopadzie 2009 r. Czyli zaledwie 11 miesięcy po tym, jak rząd wygasił powszechne przywileje emerytalne dla 55-letnich kobiet i 60-letnich mężczyzn oraz zlikwidował wcześniejsze emerytury dla prawie 1 mln osób zatrudnionych w tzw. szkodliwych warunkach (popularne pomostówki). Kolejne dobre dane: w latach 2007 – 2009 tzw. efektywny wiek emerytalny, czyli faktyczny moment odejścia z rynku pracy, wzrósł dla mężczyzn o 1,5 roku, a dla kobiet o dwa lata. Te ostatnie nie odchodzą już na świadczenie, mając 55,8 lat, ale prawie 58 lat. Nie trzeba było długo czekać na efekty tych zmian na rynku pracy. Przez dwa ostatnie lata wskaźnik aktywności osób 45+, które nie są jeszcze w wieku emerytalnym, wzrósł z 62,5 proc. do ponad 65 proc. Natomiast ich wskaźnik zatrudnienia – z nieco ponad 59 proc. do 60,5 proc. Między innymi to powoduje, że ostanie dane GUS, który prowadzi od 1992 roku Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności, pozytywnie zaskakują. Pracuje nas 16,2 mln, co od momentu prowadzenia tych badań jest rekordem. Dane te wskazują, że decyzja z końca 2008 r. była strzałem w dziesiątkę. Dobrobyt bierze się wyłącznie z pracy. Każda osoba, która jest zdolna do pracy, a nie jest zatrudniona, to dla gospodarki strata. To, co stało się na naszym rynku pracy, obala też mit, który tkwi w głowach jak cierń. Starsi nie zabierają pracy młodym.

Tak pozytywne doświadczenia powinny skłonić rząd do dalszych działań. A dziwi jego niemoc. Reformy nie muszą być popularne, podobnie jak wygaszenie przywilejów, ale mam wrażenie, że ludzie by się z nimi pogodzili. W 2008 roku Polska nie stanęła. Wszystkie badania, analizy, doświadczenia innych krajów i ich praktyka oraz po prostu zdrowy rozsądek podpowiadają na przykład, że trzeba podnieść, przynajmniej do 65 lat dla obojga płci, wiek emerytalny. To oprócz wzrostu aktywności starszych osób powodowałoby, że ich pracodawcy nie traktowaliby ich jako tych, które zaraz uciekną z firmy, co skutkuje ich marginalizacją. Podobnie rzecz ma się z 4-letnim okresem ochronnym przed emeryturą. To klasyczny przykład tzw. dyskryminującego przywileju. Firmy, obawiając się wejścia osoby w wieku przedemerytalnym w okres ochronny, pozbywają się ich tuż przed tą datą. Boją się, że później takiego pracownika – bez względu na sposób wykonywania przez niego pracy – będzie bardzo trudno zwolnić. Rząd powinien też znieść limity dorabiania dla emerytów. Nie ma ich już – po wygaszeniu przywilejów – sensu utrzymywać, bo powodują tylko dezaktywację starszych osób. Zamiast tego planuje wyrzucenie z rynku pracy (dzisiaj tę zmianę przyjmie Sejm) ponad 50 tys. osób, które skorzystały ze zmienionych w 2009 roku przepisów pozwalających im na łączenie pracy i emerytury. Rząd przekonuje, że zrezygnują ze świadczenia i zostaną na rynku pracy. Będzie jednak odwrotnie.

Trzeba mieć nadzieję, że konieczne na naszym rynku pracy zmiany będziemy wprowadzać z wyprzedzeniem i przygotowani. Jeśli rząd się na to nie zdecyduje, to rzeczywistość nie da nam już niedługo wyboru. A wtedy zamiast spokojnych i wprowadzanych stopniowo zmian trzeba będzie działać na ślepo. Tego ludzie mogą nie przyjąć i zamiast dłużej pracować, zaczną strajkować. Inaczej niż teraz.