Ze swoich wiejskich obserwacji oraz z uniwersyteckiego punktu widzenia mogę przytoczyć kilka zasadniczych kontrargumentów. Najpierw jednak uwaga filozoficzna. Zasadą, która powinna obowiązywać w całym życiu publicznym (indywidualnym także), jest dokonywanie zmiany tylko wtedy, kiedy się jest pewnym, że jest to zmiana na lepsze. Zmiana dla zmiany to tylko pozorowanie działania. I argument finansowo-organizacyjny: za licea odpowiadają samorządy powiatowe, a za gimnazja – gminne. Od razu widać, jaki będzie bałagan i jakie spory.

Jednak najważniejsze argumenty dotyczą młodzieży. W dużych i średnich miastach nie będzie większego problemu, bo i tak na ogół gimnazja i licea mieszczą się w tych samych budynkach. Natomiast w małych miejscowościach i na wsi proponuje się afiliowanie gimnazjum wiejskiego do liceum miejskiego. Takie liceum miałoby niejako pod opieką kilka gimnazjów. Co to znaczy? Tylko tyle że stan obecny zostanie zachowany. A zatem, jeżeli sądzić, że reforma ta jest korzystna, stracą na niej tylko i tak najbiedniejsi i najgorsze szkoły, których jest około 30 proc. w Polsce.

Ponadto w Polsce obowiązek szkolny dotyczy tylko ukończenia gimnazjum. Konstytucja formułuje to nieco dziwnie, bo powiada, że obowiązek szkolny trwa nie dłużej niż do 18. roku życia. Jednak tylko niewielki procent młodzieży na tym poprzestaje, a w dotychczasowym trybie licealiści przekraczają o rok obowiązek szkolny. Kiedy wszystkie dzieci zaczną szkołę od 6. roku życia, licealiści będą się mieścili w ramach obowiązku szkolnego i, jak sądzę, należałoby ich tym objąć. To byłaby poważna reforma. Nie muszą to być tylko licea ogólnokształcące. Dzisiaj 16-letni młody człowiek może teoretycznie skończyć naukę i co ze sobą wtedy zrobi?

Następny problem to poziom nauczania. Wielokrotnie pisano już o maturze państwowej, która niczego nie gwarantuje. Boleśnie odczuwamy to na uniwersytetach, gdyż niewątpliwie od czasu jej wprowadzenia mamy do czynienia z gorzej przygotowanymi studentami, którzy przez pierwszy rok lub dwa myślą pod klucz, jakby się przygotowywali do zdania kolejnej matury. Dlaczego dołączenie gimnazjów do liceów miałoby ten stan rzeczy poprawić? Nie wiadomo. Nauczyciele nie staną się od tego lepsi, a uczniowie pilniejsi i bardziej otwarci na wiedzę. Należałoby zatem przede wszystkim albo – jak wspominałem – uczynić liceum obowiązkowym, albo tak podnieść poziom nauczania w liceach, żeby młodzi ludzie, którzy – niemal wszyscy – idą potem na studia, byli należycie przygotowani nie tylko pod względem wiedzy wykutej, ale także w zakresie umiejętności korzystania z wiedzy, czyli z bibliotek i z internetu. O ile niemal wszyscy młodzi ludzie umieją bawić się internetem, to tylko nieliczni wiedzą, jak szukać w nim literatury przedmiotu, jak kupować książki możliwie najtaniej i jak poradzić sobie nie z wiedzą już znaną, ale z tym, co zupełnie nowe.

Wreszcie, przez długie dziesięciolecia, przed wojną i po wojnie obowiązywał system dwustopniowego szkolnictwa (pomijam przedszkola). System ten doskonale zdawał egzamin. Dlaczego, skoro władze tak chciałyby coś zmienić, nie wrócić do tego znacznie prostszego systemu? Oczywiście byłyby kłopoty organizacyjne, ale czteroletnie liceum stwarza szansę na przekazanie dostatecznej porcji wiedzy. Dzięki temu byłaby też różnica między nauczycielami w liceach a nauczycielami w szkołach podstawowych. Do liceów nauczycieli nie należałoby przyjmować z łapanki ani bezpośrednio po ukończeniu studiów. Liceum powinno brzmieć dumnie, a – z wyjątkiem kilkunastu świetnych liceów w Polsce – brzmi marnie.