Za co więc można pochwalić resort zdrowia. Przede wszystkim i mimo wszystko za determinację. Projekt ustawy o działalności leczniczej, który wprowadza m.in. zmienione zasady przekształcania publicznych szpitali w spółki, mimo że nie zakłada ich obligatoryjności – rozwiązanie to było przyjęte przez rząd w ustawie zablokowanej w 2008 roku przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego – to wprowadza mechanizm, który de facto będzie zmuszał samorządy do tego, żeby to robiły. I oczywiście można dyskutować, czy stawianie ich pod ścianą jest dobre, czy złe. Oznacza to jednak na pewno jedno – wzięcie przez nie na własne barki odpowiedzialność za długi szpitali. Nie chcę generalizować, bo mamy przykłady takich powiatów i gmin, które się nigdy od tego nie uchylały. Ale częściej wybierały łatwiejszy scenariusz – jak szpital się zadłuży, to przeczekamy, bo budżet i tak w końcu sypnie groszem.

Mam nadzieję, że również determinacja kieruje resortem zdrowia w walce z rosnącym wpływem firm farmaceutycznych na politykę lekową państwa. Po raz pierwszy minister zdrowia odesłała ich z kwitkiem w ubiegłym roku. Odmówiła wtedy zakupu szczepionek przeciw tzw. świńskiej grypie. I czy to w sposób zamierzony czy trochę przez przypadek dzięki swojemu uporowi resort zdrowia wygrał. Pokazał nie tylko nieuczciwe zachowanie producentów leków, ale co więcej zmusił Parlament Europejski do przyjrzenia się ich praktykom w innych krajach. Projekt ustawy o refundacji leków ma być kolejnym pstryczkiem w nos ich producentów. Ministerstwo forsuje bowiem wprowadzenie sztywnych cen leków. Cel szczytny, bo według rządu spowoduje, że pacjenci będą w ostatecznym rozrachunku mniej za nie płacić. Pytanie tylko, czy na pewno. Z analiz eksperckich wynika, że tak duża ingerencja w swobodę dziania rynku może bowiem doprowadzić do wzrostu cen leków średnio o 9 – 11 proc. Jeżeli więc ma się to odbić się na pacjentach, to może się okazać, że resort zdrowia pomylił konsekwencję działania z brakiem refleksji nad wprowadzanymi zmianami. Tak czy inaczej widać, że minister Kopacz nie chce ulegać wpływom potężnego lobby firm farmaceutycznych.

Pozostałe rozwiązania z pakietu zdrowotnego nie zasługują już na miano reformy. To zwykła kosmetyka. Aż trudno bowiem uwierzyć, że z wprowadzeniem obowiązku wpisywania numerów PESEL pacjentów w szpitalnych kolejkach trzeba było czekać kilka dobrych lat. To samo dotyczy przyśpieszenia procesu uzyskiwania odszkodowań przez ofiary błędów medycznych. Przecież to nie zmiana systemowa, ale raczej organizacyjna. Natomiast brak w pakiecie projektów ustaw o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych i decentralizacji NFZ to już blamaż rządu. Tak naprawdę to właśnie te ustawy mogłyby uratować jego liberalną twarz. A przynajmniej jej część.