Taka decyzja przyniesie opłakane skutki nie tylko w polityce rodzinnej, o której wszyscy politycy tak gorąco mówią, a w sprawie której tak niewiele robią, ale także na gruncie twardych danych:

● obniży się wskaźnik aktywności zawodowej, który w Polsce jest niski – likwidacja odliczeń spowoduje, że wzrosną podatki i koszty pracy, zmaleje płaca netto. Efekt: pracujący lub poszukujący pracy będą mieć mniejszą motywację do jej podejmowania. Zmniejszą się ich wpływy do domowego budżetu, a to ich kalkulacja decyduje o podjęciu pracy;

● wzrosną wydatki na pomoc socjalną – mniejszy dochód netto pozwoli na zejście poniżej kryterium koniecznego do ubiegania się o zasiłek i dodatki na dzieci. Wynosi ono 504 zł netto na osobę w rodzinie. Dzięki uldze dochód netto jest wyższy, a tym samym mniej osób korzysta ze świadczeń;

● zwiększy się szara strefa – zarówno z powodu mniejszej motywacji do legalnej pracy, jak i wzrostu liczby osób korzystających ze świadczeń. Osoba zostająca w domu ze względu na obawę przekroczenia dochodu pozbawiającego prawa do świadczeń będzie podejmować pracę w szarej strefie;

● firmy będą tracić konkurencyjność – obniżka płac netto zwiększy presję płacową. Osoba, która straci nagle część dochodów, będzie się domagać podwyżek, które spowodują wzrost kosztów firm;

● zwiększy się bieda rodzin, które są w Polsce i tak na nią najbardziej narażone – z danych GUS wynika, że co piąta rodzina wychowująca więcej niż troje dzieci żyje w skrajnej nędzy. I nie można tu ulec argumentacji, że biedne rodziny i tak z ulgi nie korzystają. Dwie osoby z pensją 1400 zł (blisko minimalnej płacy w 2011 roku) odprowadzają rocznie do fiskusa prawie 1400 zł z tytułu PIT. Jeśli wychowują jedno dziecko, odliczają całą ulgę (1112,04 zł).

Nie ma też żadnych argumentów z zakresu polityki społecznej, budżetowych, etycznych czy wręcz prawnych, aby likwidować tę ulgę. Po pierwsze, będzie to bardzo negatywny sygnał dla rodziców, że państwo prowadzi antyrodzinną politykę. To zakrawa na szaleństwo. W danych World Factbook wynika, że na 223 kraje Polska zajmuje 209. miejsce pod względem wskaźnika urodzeń. Przed nami są nawet Chiny, które prowadzą politykę jednego dziecka. Trudno oczywiście udowodnić, że ulga powoduje wzrost dzietności (podobnie jak trudno zweryfikować tezę, że w ogóle na nią nie wpływa). Ale biorąc pod uwagę literaturę przedmiotu, która mówi, że polityka rodzinna to likwidowanie barier utrudniających posiadanie dzieci, ulga się w nią wpisuje. Jeśli ją zlikwidujemy, wrócimy do sytuacji, gdy Polska jako jedyny kraj w OECD nie widziała w systemie podatkowym dzieci. Można oczywiście posądzać kraje rozwinięte o zbiorowe szaleństwo, ale lepiej podejść do tego z refleksją. Po drugie, rząd i tak roztrwoni zaoszczędzone pieniądze. Nie wierzę, aby przeznaczył je np. na obniżanie deficytu. Pieniądze zostaną wydane, a licznik długu publicznego i tak nie zwolni. Lepiej, by zostały w kieszeni rodziców. Po trzecie, system podatkowy, który nie uwzględnia ciężarów alimentacyjnych rodziców, narusza konstytucyjną zasadę równości wobec prawa i zasadę ochrony małżeństwa i rodziny. Jest też niegodziwy – często prowadzi do opodatkowania dochodu koniecznego do godnego przeżycia dzieci podatnika.

Można wyobrażać sobie modyfikację ulgi. Na przykład aby rodziny posiadające więcej dzieci mogły odliczać więcej. Może to mieć wpływ na zwiększenie dzietności. Nie wolno jednak robić zamachu na niemal jedyną realną pomoc rodzicom. Tym bardziej że na politykę rodzinną wydajemy makabrycznie mało. Z danych resortu pracy wynika, że łącznie na świadczenia społeczne wydajemy 15,1 proc. PKB, a na politykę rodzinną, która jest wszak inwestycją, zaledwie 0,9 proc. PKB.