A przecież rencista dostaje rentę, bo jest niezdolny do pracy, natomiast emerytura pochodzi ze składek. Decyzja rządu brzmi jednak dziwnie nie tylko z logicznego punktu widzenia. Wprowadzanie limitów na możliwość pracy na emeryturze przeczy polityce aktywizacji starszych osób, wpycha je w szarą strefę i powoduje straty budżetu.

Limity dorabiania obowiązują emerytów, którzy otrzymują świadczenia z ZUS i nie ukończyli 60 lat (kobieta) i 65 lat (mężczyzna). Jeśli ich dodatkowy dochód przekroczy 70 proc. średniej pensji, emerytura zostanie zmniejszona. Jeśli dochód jest wyższy niż 130 proc. średniej pensji, ZUS wstrzymuje wypłatę emerytury. Limity zostały wprowadzone, aby zniechęcać starsze osoby do przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Układ był taki – jeśli skorzystasz ze świadczenia, mając np. 55 lat, nie będziesz mógł dorabiać do woli.

Taki limit był, być może, uzasadniony do końca 2008 roku. Wtedy obowiązywały łatwo dostępne wcześniejsze emerytury, np. dla 55-letnich kobiet czy 60-letnich mężczyzn. Jednak od początku 2009 roku rząd je zlikwidował. Nie zniósł jednak limitów dorabiania. To niekonsekwencja, bo nie ma już powodu, by utrzymywać narzędzie zniechęcające obywateli do korzystania z wcześniejszego świadczenia. W zamian cała rzesza wcześniejszych emerytów, a jest ich ponad 1 mln, jest zniechęcana... do pracy.

Emeryci obawiają się zmniejszenia świadczeń. W efekcie ci, którzy decydują się pracować, dogadują się z pracodawcami, że będą oficjalnie zatrudnieni za niższą, bezpieczną w perspektywie limitów stawkę, a resztę wynagrodzenia dostaną do ręki. Bywa też tak, że pod stołem wypłacany jest cały zarobek. Na dowód tej tezy można przytoczyć dwie liczby. Według GUS w Polsce pracuje około 400 tys. emerytów. Tymczasem z danych ZUS wynika, że zmniejsza on lub zawiesza świadczenia około 30 tys. emerytów. Gdzie jest reszta? Część z nich mogą stanowić osoby, które ukończyły wiek emerytalny, pracują i ZUS ich nie widzi. Jednak ich jest mniej niż 370 tys. Odpowiedź na pytanie o różnicę w tych liczbach kryje się w szarej strefie.

Emeryci obawiają się też mitręgi biurokratycznej przy rozliczeniach dodatkowych dochodów w ZUS. To znów napędza szarą strefę albo zniechęca do pracy. I generuje niepowetowane straty. Gdyby 100 tys. emerytów zaczęło legalnie zarabiać, załóżmy 2,5 tys. zł, do FUS i kasy państwa wpłynęłoby rocznie ponad 1,2 mld zł. Dlaczego rząd, podnosząc VAT, jednocześnie rezygnuje z tych pieniędzy?

Pozostawienie limitów dla emerytów jest też zaprzeczeniem polityki aktywizacji starszych osób. A z aktywizacją w Polsce jest wyjątkowo źle. Pracuje u nas zaledwie co trzecia osoba w wieku 55 – 64 lata. W krajach UE – niemal co druga. Decyzje rządu dziwią tym bardziej, że Polacy godzą się na pracę w starszym wieku. Z najnowszego badania przeprowadzonego przez grupę ubezpieczeniową Aviva wynika, że mamy zaskakująco wysoką świadomość pracy nawet po przekroczeniu wieku emerytalnego. Prawie połowa byłaby zadowolona z perspektywy dalszej aktywności zawodowej. We Francji czy Włoszech niespełna 25 proc.

Utrzymywanie limitów jest też niekonsekwentne. Emerytowani żołnierze czy policjanci, mimo że mogą odchodzić na emeryturę po 15 latach służby, mają limity łagodniejsze. Mogą zarabiać nawet 20 tys. zł i wciąż otrzymywać nieco zmniejszone świadczenie. Nie ma w tym logiki ani sprawiedliwości. Jeszcze gorzej mają osoby na zasiłkach i świadczeniach przedemerytalnych. Tam zarobienie choćby kilkuset złotych powoduje utratę świadczenia. I gdzie tu wizja, logika i analiza zachodzących zmian?