Dlaczego więc tak rzadko i niemrawo się o tym mówi? Odpowiedź tkwi po części w popularnym przysłowiu, że dzieci i ryby głosu nie mają. To nie jest zorganizowany, zwarty i mobilny elektorat. Inaczej niż w przypadku np. górników, nauczycieli czy przedsiębiorców. Jeśli oni mają walczyć o własne interesy – emerytury, podwyżki czy niższy CIT – to zaraz mamy do czynienia z manifestacjami, strajkami, naciskiem na rząd. A ten im ulega. Działania sprzyjające większej dzietności nie przynoszą też politykom natychmiastowych korzyści. Aby były skuteczne, powinny być zaplanowane na lata. A rządzący żyją w uścisku 4-letniego kalendarza wyborczego.

Polityka antyrodzinna, z którą mamy do czynienia w ostatnich 20 latach, jest jednak zgubna. Nie trzeba nikogo przekonywać, że bez rodzących się dzieci przyszłość i dobrostan naszego kraju to wielki znak zapytania.