Co gorsza resort pracy, który sam przed ośmioma miesiącami wprowadził całkowitą dowolność w zarabianiu i pobieraniu emerytury co - jak sam tłumaczył - miało usunąć jedną z barier aktywności zawodowej starszych osób chce ją teraz zlikwidować.

Ministerstwo argumentuje, że trzeba zwalniać miejsca pracy dla młodych i powiększa się deficyt ZUS. Pierwszy argument jest absurdalny, drugi przeczy logice nowego sytemu emerytalnego i jest nieuczciwy w stosunku do ubezpieczonych.
Mitem jest, że wysyłanie ludzi na świadczenia zwiększa liczbę miejsc pracy. Gdyby tak było to kilka lat temu Polska nie miałaby najwyższego bezrobocia w Europie i najwyższej liczby emerytów i rencistów. Świadczenia kosztują i pracujący muszą za nie zapłacić w formie składek. Przez to są drożsi - więc jest na nich mniejszy popyt.
W nowym systemie emerytalnym świadczenie pochodzi ze składek. Państwo nie powinno się więc wtrącać czy ubezpieczony chcąc skorzystać z emerytury pracuje czy nie. W banku nie trzeba się tłumaczyć przychodząc po swoje pieniądze czy ma się pracę albo jacht.

Prozaicznym powodem zmiany stanowiska dotyczącego łączenia pracy i emerytury są tak naprawdę pieniądze. Rząd liczy na prawie 1 mld zł. Zamiast jednak szukać ich w kieszeniach pracujących emerytów (których jest jak na lekarstwo) może powinien poważnie pomyśleć o wiecznie odkładanych (dlatego, że niepopularnych) reformach. Takich jak choćby likwidacja becikowego, wydłużenie wieku emerytalnego funkcjonariuszy i żołnierzy, zniesienie odrębnego systemu emerytalnego dla górników czy podniesieniu składek do KRUS dla bogatych rolników.