Z zaprezentowanych dzisiaj danych BAEL wynika, że w ciągu zaledwie 3 miesięcy tego roku firmy zwolniły 328 tys. osób. Powinno to podziałać na rząd jak kubeł zimnej wody.

Firmy likwidują, i to w stosunkowo szybkim tempie, miejsca pracy. Jeszcze w IV kwartale 2008 roku pracowało w Polsce 16,0 mln osób. Był to najlepszy wynik w historii. W I kwartale tego roku było ich 15,7 mln osób. W ciągu zaledwie 3 miesięcy o 291 tys. zmalała więc liczba pracujących. Gorzej jest, jeśli analizuje się sytuację osób zatrudnionych na etatach. Okazuje się, że to oni w pierwszej kolejności tracą pracę. W IV kw. ubiegłego roku firmy zatrudniały 12,48 mln pracowników najemnych. W I kw. tego roku – 12,12 mln. Etaty straciło więc prawie 330 tys. osób. Z tej liczby 240 tys. to osoby zatrudnione wcześniej na podstawie umów na czas określony i aż 88 tys. pracujący na stałe. Spadek ogólnej liczby pracujących jest mniejszy niż tych, którzy tracą etaty, ze względu na duży wzrost liczby osób, które GUS zalicza do kategorii pracodawcy i pracujący na własny rachunek. W ciągu I kwartału przybyło ich aż 80 tys. Część osób tracących etat szuka więc alternatywy w postaci założenia firmy, ale narasta też zapewne zjawisko tzw. fikcyjnego samozatrudnienia.

Te dane powinny być dla rządu zdecydowanym bodźcem do działania. Nie da się dłużej prowadzić polityki zapewniania o lepszej kondycji naszej gospodarki niż innych gospodarek regionu czy UE. Fakt, że bezrobocie wynosi u nas (wg Eurostatu) 7,7 proc., a np. w Hiszpanii, Litwie i Łotwie ponad 15 proc. nie jest powodem, aby nie przeciwdziałać skutecznie pogorszeniu sytuacji na rynku pracy. Dobrze więc, że rząd skierował wreszcie (po miesiącach uzgodnień) do konsultacji specjalny projekt ustawy antykryzysowej. Choć wydaje się że to wciąż za mało, ma ona pomagać firmom w kłopotach i zapobiegać zwolnieniom zatrudnionych tam osób.

Dziwi tylko dlaczego rządzący prawie zawsze tak długo debatują, ustalają i konsultują najbardziej istotne dla obywateli projekty. Gdy trzeba przez rząd i Sejm "przepchać" np. ustawę medialną (za poprzedniej kadencji) czy ustawę o finansowaniu partii (obecnie) wystarczy kilka dni.