Strajkujący lekarze nie mogą liczyć na kolejne podwyżki - powiedział Zbigniew Religa, minister zdrowia
Do sporów zbiorowych z dyrekcjami szpitali przystąpiły już organizacje związkowe w 260 szpitalach – wynika z danych Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. – Tylko na Podkarpaciu spory trwają w 23 zakładach ochrony zdrowia – mówi Zbigniew Szramik, przewodniczący OZZL na Podkarpaciu. Podobnie jest w województwie mazowieckim. W sporach zbiorowych jest ponad 30 placówek medycznych. Jeżeli lekarze nie dojdą do porozumienia z dyrekcjami swoich szpitali, to skutki zapowiadanych na maj strajków odczują przede wszystkim pacjenci. Szpitale natomiast stracą część pieniędzy z NFZ za niewykonane usługi. Ich sytuację finansową mogą dodatkowo pogorszyć roszczenia lekarzy domagających się zapłaty za pracę w nadgodzinach.
Czarny scenariusz
– Kolejne szpitale również zamierzają przyłączyć się do akcji strajkowej – mówi Krzysztof Bukiel, przewodniczący OZZL. Związek już tworzy tzw. fundusz strajkowy, a pieniądze w nim zgromadzone mają być wykorzystane na pomoc finansową dla tych lekarzy, którzy znajdą się w trudnej sytuacji finansowej z powodu strajków oraz na ewentualną pomoc prawną. Dyrektorzy szpitali pamiętają natomiast dobrze ubiegłoroczne strajki oraz straty, jakie przyniosły placówkom ochrony zdrowia. – W 2006 roku z powodu kilkutygodniowego strajku szpital stracił 2 mln zł z Narodowego Funduszu Zdrowia – mówi Janusz Solarz, dyrektor Szpitala Specjalistycznego nr 2 w Rzeszowie.
Albo strajk, albo zapłata
Lekarze skupieni w OZZL domagają się przede wszystkim wzrostu wynagrodzeń. – Ubiegłoroczne podwyżki nie spowodowały zdecydowanej poprawy sytuacji finansowej pracowników medycznych – mówi Zbigniew Szramik. OZZL proponuje, aby lekarz bez specjalizacji zarabiał miesięcznie 5 tys. zł brutto, a specjalista – 7,5 tys. zł. Oprócz żądań finansowych, lekarze wysuwają postulaty związane z wprowadzeniem przez rząd rzeczywistych działań naprawczych w systemie lecznictwa. Jeżeli w maju faktycznie dojdzie do strajku na skalę zapowiadaną przez OZZL (uważa on, że akcja obejmie nawet 500 szpitali), to odczują to zarówno pacjenci, jak i same strajkujące placówki. Resort zdrowia przygotował bowiem nowelizację ustawy zdrowotnej, która przewiduje, że pacjentów ze strajkujących placówek medycznych muszą przyjąć te szpitale, które do akcji nie przystąpią. Oznacza to, że szpital, nie udzielając świadczeń zdrowotnych, będzie miał mniejsze wpływy z NFZ, bo fundusz nie będzie płacił za czas strajku. – Obawiam się strajku, pocieszam się jednak, że w szpitalu połowa lekarzy już pracuje na kontraktach, a oni do niego nie przystąpią – mówi dyrektor Janusz Solarz. Strajki to nie jedyne zmartwienie dyrekcji szpitali. Coraz więcej lekarzy domaga się od nich zmiany zasad wynagradzania pracy na dyżurach oraz zapłaty za pracę w nadgodzinach z wyrównaniem od 1 maja 2004 r., czyli od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Syndrom doktora Misia
– Po wyroku sądu w sprawie doktora Czesława Misia, stało się jasne, że dyżury należy wliczać do czasu pracy – mówi Karol Spiczyński, dyrektor SP ZOZ w Opolu Lubelskim. Dodaje, że praca powyżej 48 godzin tygodniowo musi być traktowana jak nadgodziny. W przypadku tego szpitala już pojawiły się pierwsze roszczenia w sprawie zapłaty za zbyt długi czas pracy. Były pracownik szpitala – lekarz – domaga się od placówki 24,5 tys. zł rekompensaty, bo od momentu przystąpienia Polski do UE przepracował tam 1,3 tys. godzin więcej niż przewiduje unijny limit. Jednocześnie lekarz domaga się również 180 dni wolnego. – Trafiły do mniej również wnioski innych lekarzy o zapłatę za nadgodziny – powiedział dyrektor Karol Spiczyński. Dyrektor dodaje, że pracownicy nie domagają się wysokich kwot. – Jestem jednak przed rozmową z lekarzami w sprawie ewentualnych rekompensat, ale jeżeli mają być wypłacone, to muszą one objąć wszystkich lekarzy, którzy pracowali ponad unijny limit, a to może spowodować zdecydowanie większe koszty dla szpitala – uważa dyrektor Karol Spiczyński. Jak się szacuje, pozwy w sądach o zapłatę za przepracowane dyżury złożyło już ponad 3 tys. lekarzy. Każdy z lekarzy domaga się średnio około 10 tys. zł. Zdaniem Zbigniewa Szramika to jest dopiero początek.
Pół miliarda do zapłaty
– W kraju jest ponad 50 tys. lekarzy dyżurujących, jeżeli każdy z nich wystąpiłby na drogę sądową o zapłatę za nadgodziny, to może to kosztować placówki ochrony zdrowia pół miliarda złotych – dodaje przewodniczący podkarpackiego oddziału OZZL. Na Podkarpaciu około stu lekarzy zdecydowało się na założenie pozwów. Jednocześnie zostało przeprowadzone referendum w sprawie wypowiedzenia przez lekarzy dotychczasowych warunków dyżurowania. Lekarze chcą, by dyżury medyczne były traktowane jak praca w nadgodzinach i tak wynagradzane. Dyrekcje szpitali podkreślają jednak, że jest to niemożliwe, bo resort zdrowia wciąż pracuje nad nowelizacją ustawy o zakładach opieki zdrowotnej, która taką zmianę przewiduje. Szpitale jednak wciąż działają w ramach obowiązujących przepisów i lekarze pracują więcej niż unijne 48 godzin tygodniowo przy jednocześnie niższym wynagrodzeniu za dyżury. – Gdybyśmy nawet już teraz chcieli stosować zasadę wolnego dnia po każdej przepracowanej nocy czy dniu świątecznym, to okaże się, że mamy za mało lekarzy – podkreśla Krzysztof Kłos, dyrektor Szpitala im. Rydygiera w Krakowie.