Do 1 stycznia 2008 r. obowiązywał art. 32j ust. 2 ustawy o zakładach opieki zdrowotnej, zgodnie z którym do czasu pracy lekarzy nie wliczano czasu pełnienia dyżuru medycznego w zakładzie pracy. Przepis ten pozwalał na zatrudnianie lekarzy w pełnym wymiarze czasu pracy, a ponadto na wielogodzinne dyżurowanie po zakończonym dniu pracy. Doprowadzało to do takich sytuacji, że lekarze po normalnym dniu pracy pełnili dyżur medyczny, a następnego dnia rano, bez odpoczynku rozpoczynali ośmiogodzinny dzień pracy.

Niezgodnie z unijnymi normami

Obowiązujące w Polsce do 1 stycznia 2008 r. przepisy były niezgodne z wiążącym nasze państwo prawem europejskim. Organizacja czasu pracy została bowiem szczegółowo uregulowana w Dyrektywie Parlamentu Europejskiego i Rady nr 2003/88/WE z 4 listopada 2003 r. Traktat Akcesyjny nie przewidywał żadnych okresów przejściowych na implementację tej dyrektywy. Polska miała więc obowiązek dostosowania porządku prawnego do unijnych norm czasu pracy już z dniem 1 maja 2004 r. Okazało się jednak, że implementacja przepisów dyrektywy przez naszego ustawodawcę nie była prawidłowa.

Stosownie do wspomnianej dyrektywy państwa członkowskie zobowiązały się zapewnić każdemu pracownikowi minimalny, nieprzerwany, dobowy odpoczynek w wymiarze 11 godzin, w okresie 24-godzinnym. Przeciętny wymiar czasu pracy, łącznie z pracą w godzinach nadliczbowych nie może zaś przekraczać 48 godzin. Polski ustawodawca ustawą z 14 listopada 2003 r. (Dz.U. z 2003 r. nr 213, poz. 2081) znowelizował wprawdzie kodeks pracy, ale niemal dosłownie przepisał odpowiednie artykuły dyrektywy. Zapomniano jednak o dostosowaniu do prawa europejskiego przepisów szczególnych, takich jak ustawa o zakładach opieki zdrowotnej. Dyżurującym lekarzom nie zapewniono minimalnych okresów odpoczynku gwarantowanych przez prawo europejskie. Aż do 1 stycznia 2008 r., wskutek nieprawidłowej implementacji dyrektywy, polskie szpitale naruszały prawo europejskie.

Zdaniem Sądu Najwyższego

W wyniku działań walczących o swoje prawa lekarzy problem ten był już wielokrotnie przedmiotem rozważań Sądu Najwyższego. Lekarze domagali się początkowo udzielenia skomasowanego czasu wolnego w zamian za godziny przepracowane ponad normę. Żądali także dodatkowego wynagrodzenia za dyżury medyczne. Kwestia ta wywołała tyle kontrowersji, że trzyosobowy skład Sądu Najwyższego przedstawił zagadnienie prawne do rozstrzygnięcia powiększonemu - 7-osobowemu składowi. Ostatecznie Sąd Najwyższy uznał, że lekarzowi pełniącemu dyżury medyczne w okresie do 1 stycznia 2008 r. nie służy roszczenie o dodatkowe wynagrodzenie w razie nieudzielania przez pracodawcę odpowiednich okresów nieprzerwanego odpoczynku (I PZP 11/07). Sąd Najwyższy odmówił także lekarzom prawa do skomasowanego odpoczynku. Sędziowie uznali, że taki quasi-urlop byłby sprzeczny z celem dyrektywy europejskiej, która dąży do zapewnienia zdrowych i bezpiecznych warunków pracy. Lekarz powinien wykorzystać 11-godzinny odpoczynek w tej samej dobie, w której nabył do niego prawo, aby zregenerować siły. Nie może więc być mowy o ekwiwalencie pieniężnym za pracę ponad normę, ponieważ takie rozwiązanie mijałoby się z celem dyrektywy.

Czy lekarzom przysługują zatem jakiekolwiek roszczenia? Czy też pracodawcy mogli bezkarnie naruszać normy prawa europejskiego i nie zapewniać lekarzom nawet minimalnych okresów odpoczynku?

Walka o odszkodowania

Sąd Najwyższy pozostawił tę kwestię otwartą, sugerując we wspomnianej uchwale, że możliwe jest domaganie się odszkodowania lub zadośćuczynienia na zasadach ogólnych. Przepisy wprowadzające minimalne okresy odpoczynku mają bowiem na celu ochronę zdrowia pracowników. Zakład opieki zdrowotnej jako pracodawca nie może naruszać ich dóbr osobistych, w tym prawa do zdrowia, do odpoczynku i do bezpiecznego świadczenia pracy. Niewątpliwie taka organizacja czasu pracy, która uniemożliwia należyty odpoczynek, stanowi naruszenie prawa do zdrowia. Lekarzom może więc przysługiwać roszczenie o zadośćuczynienie za naruszenie przez ZOZ ich dóbr osobistych.

Dlatego próbują walczyć, powołując się na najnowsze orzecznictwo Sądu Najwyższego i Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Według przewodniczącego VI Wydziału Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi-Północ w Warszawie - sędziego Marcina Graczyka - do wydziału tego wpłynęło już kilka podobnych pozwów lekarzy. Początkowo domagali się oni udzielenia czasu wolnego w zamian za przepracowane dyżury. Po opublikowaniu wspomnianej uchwały część pozwów została cofnięta. Pozostali lekarze zmodyfikowali roszczenie, domagając się zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych.

Brakuje winnych

Jak się okazuje, sprawa nie jest prosta i wymaga przeprowadzenia postępowania dowodowego i złożonej analizy prawnej. Konieczne jest bowiem wykazanie, jakich krzywd doznał lekarz w wyniku działania pracodawcy. Niezbędną przesłanką odpowiedzialności za naruszenie dóbr osobistych jest ponadto bezprawność działania i wina pracodawcy. Pełnomocnicy ZOZ argumentują jednak, że ich mocodawcy organizowali czas pracy zgodnie z obowiązującą wówczas w Polsce ustawą o ZOZ. Dyrektywa unijna jest instrumentem skierowanym do państw członkowskich i to na państwie polskim ciążył obowiązek jej prawidłowej implementacji. Szpitale nie mogą więc odpowiadać za to, że nie stosowały prawa europejskiego. Miały bowiem obowiązek przestrzegania polskiego prawa. Zdaniem pozwanych, to Skarb Państwa mógłby ewentualnie odpowiadać za niewłaściwą implementację dyrektyw, ale nie można jest przypisać winy szpitalom.

Aby odeprzeć tę argumentację, powodowie przywołują orzecznictwo Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, które nakazuje szeroko interpretować pojęcie państwo. Według ETS za nieprawidłową implementację dyrektyw odpowiadać mogą także państwowe jednostki organizacyjne, takie jak publiczne zakłady opieki zdrowotnej (case Marshall I 152/84). Mają one obowiązek znać i stosować prawo europejskie.

Przed Sądem Rejonowym dla Warszawy Pragi-Północ zapadł już pierwszy, precedensowy wyrok. W tej sprawie lekarzowi nie udało się udowodnić swoich racji i powództwo oddalono (sygn. akt VI P 518/08). Wyrok nie jest jednak prawomocny, bo powód złożył apelację. Problemu nie można więc uznać za ostatecznie wyjaśniony.