Tymczasem nie od dziś wiadomo, że gminne budżety też nie pękają od nadmiaru środków, dzieje się tak m.in. z tego powodu, że administracja rządowa przez lata zaniżała koszty zadań zleconych, za to chętnie przerzucała na nie koszty swoich działań.

Czy rząd może bezkarnie oskubywać samorządy z pieniędzy? Mogłoby się wydawać, że nie. Tymczasem wystarczy, że parlamentarna większość uchwali przepisy, które to umożliwią – chociażby nowe prawo wodne, które obecnie jest już w konsultacjach. Rządowy projekt zakłada przecież, że część środków związanych z gospodarką wodną przejdzie do Wód Polskich – czytaj instytucji podległej administracji rządowej. Jeśli zostanie uchwalone, gminy będą musiały się mu podporządkować albo pójść do... Trybunału Konstytucyjnego. I tu koła się zamyka, bo nawet jeśli TK uzna, że nowe przepisy są niezgodne z ustawą zasadniczą, to i tak rząd nie będzie respektował wyroku. Rząd więc może wszystko.

Tego typu polityka jest jednak bardzo krótkowzroczna. Po pierwsze, wojna polsko-polska nikomu nie służy. Po drugie, zaczęła się nowa perspektywa unijna. Aby sięgnąć po miliony euro, jednostki muszą jednak dysponować własnym kapitałem. Po trzecie, sięgając po samorządowe pieniądze, rząd nie zabiera ich prezydentom, burmistrzom czy wójtom, ale mieszkańcom poszczególnych jednostek. Bo to oni w konsekwencji odczują dziurę w samorządowych budżetach – koniec z inwestycjami i bezpłatnymi zajęciami dla dzieci i seniorów, budżetami partycypacyjnymi etc.

25 lat temu, gdy zaczęły funkcjonować samorządy, nikt nie negował, że aby realizować swoje ustawowe zadania, powinny mieć one do tego środki. Niestety, z biegiem lat politycy o tym zapominali (bynajmniej nie dotyczy to tylko obecnego rządu), ale z drugiej strony nie decydowali się obdzierać samorządów z przyznanych im wcześniej wpływów budżetowych. Wszyscy zdawali sobie bowiem sprawę, że są pewne granice. Jak widać, dzisiaj niektórzy zdają się ich nie dostrzegać.