Problem z nadużyciami w zakresie zasiłków chorobowych czy macierzyńskich nie zaczyna się jednak ani nie kończy na tzw. przedsiębiorczych matkach. To tylko jeden – choć dotychczas najmocniej nagłośniony – aspekt problemu. Tajemnicą poliszynela jest bowiem, że z wysokich zasiłków (czy w ogóle z zasiłków) przy niewielkim zaangażowaniu finansowym ze strony ubezpieczonych mogą nadal korzystać osoby, które choćby na chwilę zawrą umowę o pracę. Jeśli trwa ona minimum jeden miesiąc, ubezpieczony uzyskuje prawo do zasiłku – i to niekoniecznie w najniższej wysokości. Jego kwota zależy bowiem od wynagrodzenia, ale tylko tego formalnie ujętego w umowie o pracę. Jeśli więc strony stosunku pracy umówią się na wysoką kwotę, ale faktycznie wypłacana jest dużo niższa, dla ustalenia świadczenia w praktyce będzie mieć znaczenie ta pierwsza wartość.

Bywa też, że stosowany jest jeszcze inny mechanizm – pracodawca wypłaca całość wynagrodzenia np. na rachunek bankowy, a pracownik „do ręki” zwraca mu „nadpłaconą” część. Tego rodzaju praktyki najpowszechniejsze są w kręgu rodzinnym. Zdarzają się od lat, jednak to w związku z ostatnimi zmianami w ustawie zasiłkowej od tego roku zwiększyła się liczba spraw, w których – jak nieoficjalnie mówią nam pracownicy ZUS – dochodzi do zawarcia pozornych umów o pracę z kobietami w ciąży. A korzystają z nich z pewnością nie tylko osoby bezrobotne czy pracujące na podstawie umów o dzieło, lecz także... samozatrudnione – nadużycia ze strony których miała ukrócić ostatnia nowelizacja.