Projekt ustawy o emeryturach kapitałowych, przygotowany przez rząd i przyjęty przez Sejm, zakłada, że za środki zgromadzone w otwartych funduszach emerytalnych będzie można otrzymać okresową emeryturę kapitałową w przedziale 60-65 lat życia oraz po ukończeniu 65 lat dożywotnią emeryturę kapitałową.

Oba te świadczenia są indywidualne - zależą tylko od tego, ile kto zgromadził na swoim koncie oraz w jakim wieku przechodzi na emeryturę. Taki system oznacza, że wszystkie zgromadzone środki służyć mają podstawowemu celowi, przed jakim stoi system emerytalny - zapewnieniu odpowiedniego dochodu po zakończeniu aktywności zawodowej. Każde inne rozwiązanie oznaczałoby, iż przyszłe emerytury byłyby o wiele niższe, niż będzie to wynikać ze sposobu liczenia tego świadczenia zaproponowanego przez rząd.

W trakcie dyskusji o przyszłych emeryturach, pojawia się kilka wątków, które wymagają wyjaśnienia. Można je zapisać w kilku podstawowych pytaniach.

Dlaczego środki w otwartych funduszach emerytalnych (OFE) nie są dziedziczone po wykupieniu emerytury dożywotniej, przecież jak wdrażano nowy system, mówiono, że to nasze pieniądze, którymi możemy dowolnie dysponować?

W raporcie Bezpieczeństwo dzięki różnorodności, stanowiącym merytoryczną podstawę nowego systemu emerytalnego, autorzy piszą: Po osiągnięciu wieku emerytalnego środki zakumulowane na koncie uczestnika systemu w funduszu emerytalnym pozwolą na otrzymanie dożywotniej emerytury w wybranej firmie. Wykupienie dożywotniej emerytury będzie jedynym celem, na jaki można przeznaczyć środki zaoszczędzone w funduszu emerytalnym.

Już wówczas wyraźnie wskazano, że środki gromadzone z obowiązkowych składek w OFE mogą być przeznaczone tylko na emeryturę. Błędem jest traktowane ich jak czegoś zupełnie innego niż oszczędności na cel emerytalny. Przed i po reformie nasza składka, której wysokość związana jest z przyszłymi wypłatami świadczeń, wcale się nie zmieniła. Płacimy tyle, ile płaciliśmy. Nasze pieniądze są po prostu inaczej zarządzane, bo część składki jest w ramach OFE inwestowana. Prawdą pozostaje więc stwierdzenie, że to nasze pieniądze, w tym znaczeniu, będą finansowały naszą starość.

Na czym polega, że w nowym systemie są to nasze pieniądze, a w starym tak nie było? Ponieważ w ZUS i w OFE jest prowadzona dokładna ewidencja, ile kto wpłacił. Dzięki temu przywrócona została zależność między wielkością wpłat a wysokością emerytury. W starym systemie składki nie były zapisywane, dlatego jak zakład pracy zlikwidował dokumentację, to ludzie mieli kłopoty z udowodnieniem swojego ubezpieczenia, a przy tym z ZUS niektórzy otrzymywali więcej niż włożyli, inni mniej, w zależności np. od grupy zawodowej, roku przejścia na emeryturę itp.

Niektórzy wskazują na to, że nie zdążą wykorzystać całości zgromadzonych środków po przejściu na emeryturę. Pojawiają się głosy, że to, co pozostanie, będzie zyskiem zakładów emerytalnych. Nic bardziej mylnego. Zakłady emerytalne, oferując nam wysokość przyszłej emerytury, będą uwzględniać średni statystyczny czas przeżycia osoby w naszym wieku. Jedni będą żyć krócej, inni dłużej. Podobnie jak np. w ubezpieczeniach zdrowotnych, jeśli jeden nie choruje w ogóle, a drugi ciągle, to składka pierwszego finansuje leczenie drugiego. Na tym polega idea ubezpieczeń, grupa osób dzieli się ryzykiem wystąpienia jakiegoś zdarzenia, jednemu się przytrafi tak, innemu wcale, ale każdy wie, że jeśli to jemu się przytrafi, będzie zabezpieczony.

W II filarze każdy będzie miał policzoną emeryturę od swoich pieniędzy w OFE i według tej samej zasady. Jeśli ktoś umrze wcześniej, to niewykorzystane środki sfinansują świadczenie tego, który przeżyje więcej, niż wynika to ze średniej statystycznej. To zawsze będą pieniądze emerytów, nie zakładu emerytalnego.

Statystycznie 65-letni Polak ma przed sobą około 17 lat życia. Nie oznacza to, że wszyscy umierają w wieku 82 lat. Niektórzy żyją dłużej, a niektórzy, niestety, krócej. Z 1000 osób, które mają dziś 65 lat, 488 osób umrze wcześniej, a 512 osób ma szansę żyć dłużej. Gdyby 488 osób przekazało niewykorzystane środki swoim spadkobiercom, to dla 512 osób nie wystarczyłoby na wypłatę emerytur. Gdyby zapewnić dziedziczenie, to środki z OFE należałoby przeliczać na emerytury, zakładając, że wszyscy dożyją 100 lat. W efekcie emerytura byłaby o połowę niższa.

Dlaczego nie ma emerytur małżeńskich? Czy to oznacza, że po śmierci wdowy (lub wdowcy) nie będą mieli zabezpieczenia?

Wszyscy mówią o emeryturach małżeńskich, nie do końca rozumiejąc istotę takiego rozwiązania. Do tej pory przyjmowano, że z ZUS wdowa lub wdowiec dostaną 85 proc. emerytury należnej zmarłemu małżonkowi z tzw. I filaru, a z systemu emerytur kapitałowych - emeryturę małżeńską. Zatem inaczej byłoby w przypadku ZUS, a inaczej OFE. Wówczas jednak wydatki na renty byłyby mniejsze, ale emerytury z OFE niższe.

Renty rodzinne (a więc świadczenia dla wdów i wdowców) zawsze były finansowane ze składki rentowej. To dobre rozwiązanie i nie ma powodu go zmieniać. Po prostu przez całe życie zawodowe płacimy w składce rentowej ubezpieczenie od tego, że może nam umrzeć współmałżonek. Rezygnacja z renty rodzinnej byłaby jak rezygnacja z wypłaty odszkodowania po wypadku samochodowym. Porównajmy to do ubezpieczeń samochodowych - AC byłoby naszą składką do OFE, a OC składką rentową (pomińmy fakt, że w razie wypadku odszkodowanie jest płacone z OC sprawcy). Przypuśćmy, że zdarza się wypadek. Czy uznalibyśmy za rozsądnego kierowcę, który rezygnuje z wypłaty odszkodowania z OC, żeby wziąć pieniądze z ubezpieczenia AC? A teraz przypuśćmy, że małżeństwo ma dwa samochody, różnej wartości, a na nie jedno wspólne ubezpieczenie AC. Czy logiczne jest, że w razie wypadku odszkodowanie jest liczone od średniej wartości obu samochodów? A tak byłoby z emeryturą małżeńską, ludzie by na tym stracili. Nie chodzi tylko o to, by dać ludziom wybór, ale by nie dawać im wyboru, który może ich wpędzić w kłopoty finansowe.

Dlatego w nowym systemie emerytalnym:

• emerytura zarówno z ZUS, jak i z OFE powinna być świadczeniem indywidualnym,

• zabezpieczenie wdów/wdowców powinno być finansowane w ramach składki rentowej.

Emerytury małżeńskie to niższe emerytury obojga małżonków oraz niższe dochody wdów lub wdowców. Emerytura małżeńska oznacza, że ze środków zgromadzonych w OFE należałoby wypłacić emeryturę dożywotnio dla obojga małżonków. Ponieważ kobiety żyją nieco dłużej, a dodatkowo często są młodsze od swoich mężów, taka emerytura byłaby niższa. Przy jej wyliczeniu należy bowiem uwzględniać wiek obojga małżonków, a zgromadzone środki podzielone zostałyby na dwa trwania życia: męża i żony. Ponieważ do wyliczenia uwzględnia się oczekiwaną długość życia osoby młodszej i mającej przed sobą potencjalnie więcej lat do przeżycia, to im większa różnica wieku między małżonkami, tym ich emerytura małżeńska niższa.

W efekcie emerytura małżeńska dla 65-letniego mężczyzny, który ma o 5 lat młodszą żonę, wynosiłaby 63 proc. tego, co otrzymałby mąż, gdyby kupił emeryturę indywidualną. Czyli ich dochody byłyby niższe za życia męża, a po jego śmierci wdowa dostawałaby mniej niż dzisiaj w ramach renty rodzinnej.

Podsumowując, ustawa zakłada, że pozostały przy życiu współmałżonek otrzymuje rentę rodzinną równą 85 proc. emerytury liczonej z całej składki płaconej do systemu emerytalnego (19,52 proc.). To rozwiązanie jest zgodne z zasadami systemu ubezpieczeniowego, a dla wdowy lub wdowca bardziej korzystne finansowo.

Zwolenników emerytur małżeńskich pociąga ich nazwa, która się dobrze kojarzy. Samo rozwiązanie jest jednak niekorzystne.

Dlaczego nie zapisano obowiązku waloryzowania emerytur o wskaźnik inflacji?

Zakłady emerytalne będą inwestowały kapitał na przyszłe wypłaty emerytur. Emerytury kapitałowe będą rosły zgodnie z propozycją o 90 proc. zysku z inwestowanych środków. Jeżeli jednak zakład emerytalny nie będzie miał zysku, to nie będzie mógł zmniejszyć emerytur.

Można oczekiwać, że dzięki temu emerytury kapitałowe będą rosły w tempie co najmniej takim jak inflacja. Potwierdzają to szacunki oparte o dane z ostatnich lat. Trzeba pamiętać, że środki na wypłatę emerytur będą inwestowane bardzo ostrożnie, w większości w obligacje. Jedynie niewielka część aktywów, ok. 10-20 proc., będzie inwestowana w akcje (założyliśmy, że zysk z akcji jest taki, jak wzrost indeksu WIG).

Gwarancja waloryzacji emerytur o wskaźnik inflacji istotnie obniżyłaby wypłacane świadczenia, ponieważ jest to jednak ryzyko, które zakład emerytalny uwzględniłby w wysokości oferowanej emerytury. Byłaby ona dużo niższa, nawet gdyby duży wzrost cen nigdy nie nastąpił.

W Wielkiej Brytanii, gdzie rynek emerytur dożywotnich jest najbardziej rozwinięty, a inflacja niska, gwarancja waloryzacji emerytur o wskaźnik inflacji zmniejsza wartość emerytury o około 30-40 proc. Podobnej wyceny możemy spodziewać się również w Polsce.

Stawki emerytur stałych i z waloryzacją inflacyjną dla 65-letnich mężczyzn - porównanie ofert międzynarodowych.

Porównajmy dwie emerytury początkowe, czyli w wysokości, w jakiej będą wypłacane zaraz po przejściu na emeryturę. Pierwsza nie daje gwarancji waloryzacji według inflacji, ale zapewnia udział w zysku. Druga nie daje udziału w zysku, ale gwarantuje waloryzację. Ta druga jest od tej pierwszej niższa o 40 proc. i może dogonić ją dopiero po 13-17 latach (jeżeli inflacja wynosiłaby 4 proc. rocznie) i to pod warunkiem, że ta pierwsza nie urośnie z tytułu udziału w zyskach.

Ustawowa gwarancja waloryzacji emerytur według wzrostu cen pociąga swoją łatwą do zrozumienia zasadą. Jest także trochę stabilniejsza. Oznacza jednak na tyle duży koszt dla uczestników, że się po prostu nie opłaca. Straciliby na tym przede wszystkim ci, którzy mają słabsze zdrowie i krócej otrzymują emerytury.

Co oznacza jednoczesne wprowadzenie emerytur małżeńskich oraz gwarancji waloryzacji wzrostem cen?

Jeśli będziemy chcieli sfinansować z II filaru emeryturę małżeńską zamiast indywidualnej oraz zagwarantowanie waloryzacji na poziomie inflacji, to dostaniemy niższe świadczenie, czyli ucierpią nasze dochody na starość.

Wprowadzenie razem emerytur małżeńskich oraz ustawowej gwarancji waloryzacji inflacyjnej oznacza, że emerytura małżeńska dla 65-letniego mężczyzny, który ma o 5 lat młodszą żonę, wynosiłaby 38 proc. tego, co by dostał, gdyby wystąpił o emeryturę indywidualną, bez gwarancji inflacji, ale z udziałem w zysku.

Ci, co nawołują do wprowadzenia emerytur małżeńskich oraz ustawowej gwarancji waloryzacji, chcieliby, aby początkowa wartość dożywotnich emerytur była o niemal dwie trzecie niższa niż to, co zaproponował rząd. Czy naprawdę tego chcemy?