Takie podejście jest godne pochwały, tylko że pośpiech nie jest najlepszym doradcą. Coraz częściej zwracają na to uwagę samorządy. Bo tak naprawdę to na nich będzie spoczywał obowiązek wdrożenia wielu zmian. Tymczasem stan zatrudnienia w ich urzędach nie zwiększy się z dnia dzień. A to samorządowi pracownicy będą chociażby wyliczali, jak zapowiadane 500 zł na każde dziecko wpłynie na świadczenia z funduszu alimentacyjnego, dodatki mieszkaniowy i energetyczny czy zasiłki z pomocy społecznej. To oni będą musieli w ekspresowym tempie przygotować podległe im przedszkola i szkoły na rewolucję zapowiadaną przez rząd, a zarazem zadbać, by placówki sprawnie działały.

Bez względu na to, jak będą się starały, gminy nie przygotują wszystkiego na czas. Będzie zamieszanie, na którym ucierpią zainteresowani. Jestem ciekawa, co wtedy zrobi nowy rząd. Czy odpowiedzialność przerzuci na samorządy?

Do tego – w przypadku szkół – należy się liczyć z protestami rodziców odroczonych w tym roku sześciolatków. Bo wszystko wskazuje na to, że ich pociechy ze względu na zamieszanie organizacyjne będą musiały dojeżdżać do odległych szkół, ewentualnie uczyć się w klasach łączonych.

Ważne są także pieniądze. Każda zmiana generuje bowiem koszty, a samorządy już teraz nie narzekają na nadmiar pieniędzy. Odwrotnie – wskazują na olbrzymie niedobory. Tymczasem mało realne jest, aby budżet państwa szybko dołożył im środków chociażby na realizację zadań zleconych.

Jestem zaniepokojona szaleńczym tempem reform. Co więcej, moim zdaniem nie ma nic gorszego niż robienie wszystkiego za jednym razem. Nikt jeszcze nie wyszedł dobrze na łapaniu kilku srok za ogon. Niestety Beata Szydło i jej gabinet idą na żywioł. I nic nie wskazuje na to, że to się zmieni. Samorządowcom nie pozostaje więc nic innego, niż przegotować się na szybkie gaszenie pożarów. Niestety zapewne na własny koszt.