Gdy ponad 1,5 roku temu wchodziły w życie przepisy umożliwiające uelastycznienie czasu pracy w firmach, DGP wskazywała, że będzie to prawdziwy test dla pracowników i pracodawców. Dłuższe okresy rozliczeniowe, dzięki którym można dostosować długość dniówek do aktualnych potrzeb przedsiębiorstwa, można bowiem wprowadzać tylko na podstawie porozumienia firmy ze związkami zawodowymi lub przedstawicielami pracowników. Jeśli nie ma zgody na linii szef – zatrudnieni, nie ma elastycznej pracy. W sierpniu 2013 r., gdy nowe przepisy wchodziły w życie, wiele wskazywało, że o takie porozumienie w konkretnych firmach będzie trudno. Po pierwsze, ze względu na uciążliwość, jaką nowe rozwiązania mogą powodować dla pracowników (np. wydłużanie pracy nawet przez kilka miesięcy z rzędu w razie zapotrzebowania pracodawcy). Po drugie, z powodu obawy, że firmy będą chciały wprowadzać je na siłę i bez uzasadnienia, tylko po to, aby oszczędzać na nadgodzinach. Po trzecie, ze względu na twardą postawę związków zawodowych. Uchwalenie omawianej zmiany było – obok zbyt wolnego wzrostu płacy minimalnej – główną przyczyną zawieszenia udziału strony związkowej w pracach komisji trójstronnej.

Złe wróżby jednak się nie sprawdziły – okresy rozliczeniowe wydłużono już w prawie 1,6 tys. firm. Niektórzy eksperci twierdzą, że to niewiele, biorąc pod uwagę, że w Polsce działają setki tysięcy firm. Z drugiej strony może jednak właśnie tylko w tylu przedsiębiorstwach – ze względu na rodzaj ich działalności – potrzebne są elastyczne rozwiązania. Jednocześnie nikt nie zarzuca już pracodawcom, że masowo zmuszają do wydłużania okresów rozliczeniowych po to, by oszczędzać na podwładnych. Statystyki tego nie potwierdziły. Wynika za to z nich, że tylko w ciągu ostatnich sześciu miesięcy w ponad 400 firmach w Polsce pracodawcy i reprezentanci załogi usiedli do stołu i wynegocjowali porozumienie w sprawie czasu pracy. To przeczy stereotypowym opiniom o związkowcach, według których prędzej doprowadzą do upadłości firmę, niż zrezygnują ze swoich uprawnień. Dziś można już przyznać, że przynajmniej pierwszy etap sprawdzianu ze społecznej odpowiedzialności zdali i oni, i pracodawcy.