Utytułowani lekarze (np. konsultanci krajowi) ostrzegają, że choroby zakaźne, których już przestaliśmy się obawiać, mogą wrócić. Jak odra, której 600 przypadków zanotowano już w tym roku w Niemczech. Powikłania po tej chorobie są poważne, więc i strach przed jej powrotem jest dla wielu rodziców istotny. Dlatego tak zwana wyszczepialność wynosi w Polsce prawie 98 proc. Tyle dzieci szczepi się przeciwko odrze.

Rośnie jednak grupa rodziców, która bardziej niż samej choroby obawia się szczepionki przeciwko niej. Według sanepidu rocznie nie szczepi się przeciwko chorobom zakaźnym już ponad 12 tys. dzieci, mimo że w naszym kraju szczepienia te są obowiązkowe i refundowane przez państwo. Część z nich zaszczepiona być wręcz nie może, mają bowiem bardzo obniżoną odporność, np. z powodu nowotworu. Ta grupa dzieci nieszczepionych z każdym rokiem staje się coraz większa. Nie tylko u nas, ruchy antyszczepionkowe rosną w siłę także w innych krajach. Im dzieci nieszczepionych będzie więcej, tym szybciej grozi nam stan, że odra, różyczka czy krztusiec znów staną się chorobami powszechnymi – straszą lekarze.

Między zwolennikami a przeciwnikami szczepień wyrasta coraz wyższy mur. Z jednej strony padają epitety w stylu „ciemnogród, oszołomy”, z drugiej – zarzuty o skorumpowaniu polityków i wielu lekarzy przez koncerny farmaceutyczne, które na produkcji szczepionek zarabiają spore pieniądze. W jednym z miast na południu kraju, w którym grupa dzieci nieszczepionych jest rekordowo wielka, problemowi, jak skłonić rodziców do szczepień, miała być poświęcona sesja rady miasta – trzeba było ją odwołać. Radni bali się bowiem szturmu antyszczepionkowców i wręcz ich fizycznej agresji. Szczepionki stały się jedną z wielu spraw, w których Polacy nie potrafią się porozumieć. Ale trudno mówić o porozumieniu, skoro obie strony nawet nie potrafią ze sobą rozmawiać. Nazwać swoich strachów, wymienić argumentów.

A rozmawiać jak najbardziej jest o czym. Oprócz bowiem grupy fundamentalistów, która szczepienia nazywa wręcz próbą eksterminacji narodu i rozmawiać nie chce, są też rodzice, którzy nie decydują się zaszczepić swoich dzieci nie z powodów ideologicznych, lecz ze strachu przed powikłaniami poszczepiennymi. I o tym problemie powinniśmy wreszcie zacząć rozmawiać. Bo problem jest, ale usilnie zamiata się go pod dywan.

W zeszłym roku ponad 50 rodziców skierowało pozew do prokuratury przeciwko Ministerstwu Zdrowia. To rodzice dzieci, które zmarły po szczepieniach albo stały się ofiarą poważnych chorób. Sprawę umorzono, być może słusznie. Nikt jednak tychże rodziców nie przesłuchał ani nawet nie wysłuchał, nie zainteresował się tym, co mają do powiedzenia.

Tymczasem problem w naszym kraju polega na tym, że oficjalne statystyki powikłań poszczepiennych nie są alarmujące, co jednak nie do końca powinno być powodem do radości. Stowarzyszenia antyszczepionkowe (np. Ogólnopolskie Stowarzyszenie Wiedzy o Szczepieniach STOP NOP) skarżą się, że nie odzwierciedlają one rzeczywistości. Nikt bowiem o prawdziwej skali powikłań nie chce wiedzieć. O powikłaniach poszczepiennych powinni bowiem raportować do sanepidu sami lekarze. Na tej informacji zależy też samym producentom szczepionek. Tymczasem – według STOP NOP – rodzice, skarżący się lekarzowi, że dziecko choruje po szczepionce, słyszą, że to nie są żadne powikłania. I już. Nie ma problemu. Statystyki nie alarmują. Rośnie za to grupa rodziców, którzy decydują się dzieci nie szczepić.

Dlaczego lekarze są tak niechętni raportowaniu o powikłaniach? To też trzeba zbadać. Może jednak chodzić o to, że winowajcą tych powikłań nie jest sama szczepionka, a niejako właśnie lekarz. Któremu zabrakło czasu, żeby dziecko dokładnie zbadać, zrobić wywiad z rodzicem. Brak czasu dla pacjenta to przecież główna choroba publicznej służby zdrowia. Zaś zaszczepienie chorego dziecka może przynieść fatalne skutki, dlatego rodzice tak się boją.

Jeśli grupa dzieci niezaszczepionych będzie szybko rosła, choroby zakaźne staną się znów groźne. Ale jeśli nadal milczeć będziemy o powikłaniach poszczepiennych, karanie finansowo rodziców tego zjawiska nie zatrzyma, przyniesie odmienne skutki. Trzeba z nimi rozmawiać i pochylać się nad każdym zgłoszonym przypadkiem. Bo oni tak samo kochają swoje dzieci, jak ci, którzy szczepień się nie boją.