Marek Szpanowski nauczyciel, publicysta

Marek Szpanowski nauczyciel, publicysta

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Potem wyłuskuje się osoby pasujące do koncepcji – zwykle po filologii lub kolegiach nauczycielskich, ale nie zawsze, więc bierzemy też studentów „do przyuczenia” – nierzadko większy z nich pożytek, bo akurat u nas dobrze jest zaczynać młodo i uczyć się w biegu.

Tu robię błąd. Daję się skusić przechwałkom w CV o sukcesach z „Top 10” renomowanych liceów, olimpiadach i konkursach. Inteligencja to jednak potężny magnes na pracodawcę. Dlatego często zapraszam na rozmowę, mimo że cichy szept z tyłu głowy powtarza: „Uwaga, to koksiarz! Rankingi kłamią!”. W tym roku – nie inaczej. Absolwentka wybitnego liceum z Dolnego Śląska, niezmiennie w ścisłej czołówce rankingów. Sama jest ucieleśnieniem tej renomy i wybitności – z jednej olimpiady laureatka, z drugiej finał, oryginalne zainteresowania, doskonałe wyniki ze studiów.

Na rozmowie zaczyna się spektakl typowy dla kandydatów niegotowych na prawdziwe życie, wahających się, „czy aby nie jestem za dobry” i dzielących włos na czworo. Tegorocznej kandydatce dałem zwyczajową opcję pt. chwila do namysłu. „Wie pani, właśnie mamy w sobotę krótkie szkolenie. Proszę przyjść, zobaczy pani, z kim i co tu w praktyce robimy”. „Ach, to świetnie. Zapiszę termin. Na pewno skorzystam”.

Nie pojawia się. Dzwoni po tygodniu: „Taak, to ja” – ton wyraża zadowolenie z siebie. „Teraz mogę, przemyślałam i chcę zapytać o szczegółowe warunki”. Nie rozumie, że teraz sprawa jest już historią, bo nie chodzi o konkurs pięknoduchów, tylko o praktyczne potrzeby – ale to dla niej przecież terra incognita!

Renomowane licea walczące o ranking to wylęgarnie dzikusów. Nawet nie wyrobników – nie, raczej galerników nauki. Oni za 10 lat będą jęczeć, jak to źle jest z doktoratem. Wina nie w samych rankingach, lecz w ich polskiej specyfice.

W krajach o rozwiniętym rynku edukacyjnym taki wynalazek jak polskie rankingi liceów nie miałby racji bytu. Dwa przykłady – Wielka Brytania i USA. Brytyjski ranking nazywa się „tabele ligowe szkół” i jest prowadzony przez rządowy departament edukacji. W Stanach rankingi są prywatne – w czołówce jest ten publikowany przez „US News & World Report”. W każdym z tych zestawień podstawą jest badanie różnicy: jakich uczniów szkoła dostała na starcie, a jakich wypuściła w świat. Brytyjczycy robią to metodą żmudnych analiz obejmujących m.in. wskaźniki EWD: edukacyjnej wartości dodanej (różnice wyniku „na wejściu” i po maturze). Jankesi nieco bardziej skupiają się na danych o otoczeniu społecznym szkoły (według nich tylko po korekcie wyników o dane z przeszłości uczniów widać, czy uczono ich wytrwałości, skutecznej współpracy z nowymi kolegami i przekraczania siebie).

A u nas? Olimpiady plus wyniki matur, i tyle. W niektórych liczy się jeszcze odsetek odnoszących sukces na konkretnych uczelniach. Efekt? Zachodnie rankingi badają, jak szkoła pracuje. Polski bada, jak silną markę ma w oczach oniemiałych rodziców. Albo inaczej: jakie szkoła robi wrażenie. Zachodnie promują realną zmianę, nasze replikują hierarchię wizerunkową. Superwyniki osiągają przecież ci, którzy przyciągnęli najlepszy „materiał” na starcie, nie ci, co z „materiałem” przenosili góry.

Polski system zafałszowuje kryteria. Nie bada tego, co właściwie szkoła robiła dla uczniów w kluczowych latach edukacji. Nie ocenia pracy nauczycieli, lecz osiągnięcia marketingowe.

Co potem? Dojrzali absolwenci, tworzący wielkie rzeczy w nauce i przemyśle? Czy chomiki w kręciołku, zdziwione, że nikt nie podstawił kolejnej miski po doktoracie? Odpowiedź narzuca się sama.