Nie ma nic złego w tym, że decydenci zajmują się aktywnie polityką prorodzinną. Zapaść demograficzna to nie zagrożenie przyszłości – ona już daje się we znaki poprzez m.in. zmniejszające się proporcje między pracującymi a pobierającymi emerytury, konieczność likwidacji szkół czy niewydolność systemu opieki (w tym przede wszystkim zdrowotnej) nad osobami starszymi. A to przecież dopiero przedsmak tego, co nas czeka w najbliższych latach. Według GUS-owskiej prognozy do 2050 r. Polsce ubędzie ponad 4 mln obywateli, a prawie co trzecia osoba będzie miała ponad 65 lat. Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że z tym negatywnym zjawiskiem trzeba walczyć. Pytanie jednak, czy ta dramatyczna sytuacja usprawiedliwia wprowadzanie w pośpiechu, często pod publiczkę jakichkolwiek rozwiązań dla rodziców, bez względu na koszty, jakie wywołują i nie bacząc na efekty, jakie mogą wywołać?

Propozycje zmian prorodzinnych, które mogą zostać wdrożone w przyszłym roku, nie są wolne od tego typu grzechów. Najlepiej na tym tle wypadają – na razie jeszcze bardzo wstępne – propozycje MPiPS. Resort rozważa m.in. uniezależnienie prawa ojca do urlopu na dziecko od tego czy ma je matka dziecka. Czyli, jeśli ojciec pracuje i płaci składkę chorobową, będzie mógł skorzystać np. z płatnego urlopu rodzicielskiego, nawet jeśli matka dziecka nie jest zatrudniona, a więc nie ma prawa do zasiłku rodzicielskiego. To nie rewolucja w systemie opieki, lecz tylko jego korekta, która zresztą wydaje się uzasadniona, bo czemu ojciec ma mieć słabsze uprawnienia niż matka. Nikt nic nie traci, niektórzy mogą zyskać, a na dodatek rodzice nie będą mieć poczucia (i słusznie), że znów ktoś majstruje przy ich uprawnieniach. Taka zmiana nie wpłynie bowiem na sytuację większości rodzin.

Nieco większe wątpliwości – zwłaszcza wśród pracodawców – wywołuje druga z resortowych propozycji, czyli przyznanie prawa do urlopu rodzicielskiego matce, która co prawda w momencie porodu jeszcze nie pracowała, ale znalazła etat niedługo potem (a więc w okresie gdy z płatnej opieki mogłaby jeszcze skorzystać). Tu już pojawia się wątpliwość, czy aby takie rozwiązanie nie wywoła wśród firm skutku odwrotnego do zamierzonego. Wiedząc, że młoda bezrobotna do tej pory kobieta może parę dni po przyjęciu do pracy uciec na długi urlop (jeśli okaże się, że ma małe dziecko), pracodawca może unikać jej zatrudnienia. A nie o to przecież w tym rozwiązaniu chodzi.

To jednak wątpliwość subtelna, jeśli porównamy ją z innymi propozycjami zmian w przepisach rodzicielskich. Znacznie bardziej ryzykowne wydają się te, na razie również bardzo wstępnie formułowane przez Kancelarię Prezydenta. Najważniejsza z nich przewiduje uelastycznienie sposobu wykorzystywania urlopu rodzicielskiego. Rodzic mógłby go wybierać w częściach, w zależności od potrzeb, aż do ukończenia przez dziecko szóstego roku życia. Obecnie ma prawo wykorzystać go tylko bezpośrednio po dodatkowym macierzyńskim (czyli do ukończenia przez dziecko 1 roku życia). Cel zmiany jest oczywisty. Matka lub ojciec może być przy dziecku, gdy zajdzie jakaś potrzeba – np. brak opiekunki, przeprowadzka do nowego otoczenia czy konieczność aklimatyzacji w przedszkolu. To niezwykła korzyść dla rodziców. Ale cenę za nią zapłacą pracodawcy. Przez kilka lat muszą być gotowi na to, że ich podwładny w każdej chwili złoży wniosek i np. nie będzie go w pracy przez dwa miesiące. Takie rozwiązanie wymusi też całkowite przekomponowanie obecnego sytemu opieki nad dzieckiem. Bo dziś rodzic wie, że przez pierwszy rok życia malucha przysługuje mu płatna opieka, a potem ewentualnie urlop wychowawczy – bez pensji, ale z opłacanymi składkami. Po zmianach trzeba będzie ustalić te zasady na nowo.

W polityce prorodzinnej liczy się stabilność rozwiązań kierowanych do rodziców. Pospieszne zmiany pod publiczkę w długotrwałej perspektywie nie poprawią sytuacji demograficznej

Jeśli jednak propozycje przedstawiane przez Kancelarię Prezydenta można nazwać ryzykownymi, to te wygłoszone w exposé premier trzeba chyba uznać za kompletnie wywrotowe, a co gorsze – nieprzemyślane. Oto w praktyce każdy rodzic – bez względu na to, czy płaci składki do ZUS, czy też nie – będzie miał prawo do finansowej pomocy w razie urodzenia dziecka. Do tego sprowadza się pomysł, aby dziełobiorcy, studenci czy bezrobotni w razie urodzenia dziecka otrzymywali specjalne świadczenie, które byłoby odpowiednikiem zasiłku macierzyńskiego. Po co więc pracować np. na zleceniu, za niewielkie zazwyczaj pieniądze, i jeszcze odprowadzać składki, skoro można być bezrobotnym, a potem zajść w ciążę i dostawać przez rok pieniądze z publicznej kasy. Naprawdę nie trzeba szczególnej przezorności, aby stwierdzić, że proponowane rozwiązanie w prostej drodze prowadzi do nadużyć.

Czego więc życzyć rodzicom na święta i przyszły rok? Może stabilności w prawie, która da im pewność, że jeśli zdecydują się na dziecko, to będzie przysługiwać im konkretne uprawnienie. A politykom więcej rozwagi i wyobraźni przy wprowadzaniu zmian w tak delikatnych kwestiach.