Jak nowe regulacje wpłyną na kondycję finansową państwa i przedsiębiorstw w Polsce?

Jacek Męcina: Należy zacząć od tego, jaki będzie rynek pracy w 2014 r. Mamy za sobą bardzo trudną drugą połowę 2012 r. i pierwszą połowę 2013 r., czarny okres, kiedy wzrastało bezrobocie i byliśmy skazani w zasadzie wyłącznie na interwencje, chociaż chciałbym podkreślić, że w tym czasie widać też było zdrową postawę przedsiębiorców, którzy utrzymywali zatrudnienie, dzięki czemu nie ziściły się najczarniejsze scenariusze.

Jeśli nic nadzwyczajnego się nie wydarzy, to ten rok będzie rokiem wzrostu zatrudnienia i spadku bezrobocia. Nasze dane wskazują, że mamy do czynienia z sytuacją podobną jak w 2008 r. Rośnie liczba ofert pracy zgłaszanych przez przedsiębiorców. Ta sytuacja powinna się utrzymywać, gdyż rośnie liczba zamówień, co związane już jest nie tylko ze wzrostem eksportu, ale i konsumpcji, oraz co bardzo ważne inwestycji.

Warto też przypomnieć, że w rok 2014 wkroczyliśmy z większą elastycznością czasu pracy, co pozwoli firmom produkcyjnym na większą efektywność wykorzystania czasu pracy, zmiany umożliwiające pracę w niedzielę i święta przy świadczeniu usług transgranicznych. Te zmiany już przynoszą pozytywne efekty i decyzje o nowych inwestycjach o nowych miejscach pracy.

Dlatego teraz możemy podjąć dialog nie tylko na temat ilościowych, ale także jakościowych zmian na rynku pracy i pochylić się nad propozycjami, które przypomnę, od dłuższego czasu zgłaszały związki zawodowe. Po pierwsze ozusowanie członków rad nadzorczych, a następnie ozusowanie zbiegów umów zleceń, które przewiduje przedstawiony przez rząd projekt. Te propozycje należy traktować jako pierwszy krok, za którym z czasem pójdą następne, ale przy bacznym obserwowaniu rynku pracy i wpływie proponowanych zmian na zatrudnienie. Kolejnymi zmianami powinny być nowe regulacje w zakresie stosowania umów na czas określony.

Nie bez znaczenia są też nowe instrumenty promocji zatrudnienia, które powinny buforować zmiany dotyczące ozusowania umów. Wiemy, że każda regulacja związana ze zwiększaniem kosztów pracy może się odbić niekorzystnie na najsłabszych grupach pracowników. Stąd wziął się m.in. pomysł dopłat dla pracodawców zatrudniających bezrobotnych w wieku 50 plus.

Jan Guz: Ozusowanie umów-zleceń z pewnością zwiększy wpływy do kasy państwa, jak też podwyższy koszty pracy. Ale czy zwiększy liczbę miejsc pracy i zmniejszy poziom bezrobocia? Mam co do tego poważne wątpliwości. Oczywiście jest to krok w dobrą stronę. Niemniej jednak sama ta zmiana nie załatwi problemu. Oskładkowane powinny być bowiem wszystkie formy wynagrodzenia za pracę. Tylko wtedy nie będzie opłacało się uciekać przez różne furtki, gdy koszty pracy będą dokładnie takie same bez względu na formę zatrudnienia i rodzaj podpisanej umowy. Ponadto dla OPZZ istotniejsze od ozusowania umów cywilno-prawnych jest znaczne ograniczenie ich zasięgu.

Jeremi Mordasewicz: Rząd musi jednak zrozumieć, że jeśli nie zostanie przewidziany odpowiednio długi okres vacatio legis, to odbije się to na pracownikach. Załóżmy, że mam zwarte kontrakty dwu-, trzyletnie, a pod drugiej stronie mam umowy kilkumiesięczne z pracownikami. Jeżeli rząd wprowadzi ich ozusowanie w połowie kontraktu, to powiem pracownikom – przykro mi, ale muszę wam obniżyć wynagrodzenie netto. Bo nie mam możliwości renegocjowania warunków z kontrahentami.

Mało tego, my dzisiaj kontraktujemy usługi na następny rok. Część przedsiębiorców zaryzykuje i nie przewidzi tych zmian w swoich budżetach. Dlatego jeśli rząd nie przewidzi odpowiednio długiego vacatio legis, to spotka się z ostrą krytyką ze strony pracowników, których przecież nowe przepisy mają chronić.

Jeśli zaś rząd nie chce odwlec ozusowania umów-zleceń to niech zastanowi się nad wprowadzeniem przepisów, które pozwolą na kontynuowanie już rozpoczętych kontraktów na dotychczasowych warunkach. Moim zdaniem, byłoby to trudne pod względem prawnym, ale być może ja czegoś nie dostrzegam.

Marek Kowalski: Dodać należy, że oprócz problemów ochrony interesów w toku będziemy mieli do czynienia z problemem czysto technicznym. Na rynku funkcjonuje wiele firm, które mają pozawieranych w ramach zamówień publicznych więcej niż tysiąc umów wieloletnich i drugie tyle na rynku otwartym. Renegocjowanie ich wszystkich w zaproponowanym przez rząd okresie trzech miesięcy jest po prostu fizycznie niemożliwe.

Jacek Męcina: Jestem tu po to, by wsłuchiwać się w argumenty, także te wskazujące na ryzyka z jakimi może się to wiązać dla przedsiębiorców. I myślę, że te argumenty będą dokładnie omawiane także podczas prac parlamentarnych. Niemniej jednak na tę chwilę jestem związany stanowiskiem rządu, a zgodnie z nim przepisy dotyczące ozusowania umów zleceń powinny wejść w życie możliwe szybko, co oczywiście nie oznacza jednak działania z nadmiernym pośpiechem. Dzisiejsza debata, głos pracodawców i związków zawodowych powinny moim zdaniem być wnikliwie rozważone w trakcie prac parlamentarnych i cieszę się, że w debacie biorą też udział parlamentarzyści.

Jan Guz: Z punktu widzenia związków zawodowych ozusowanie umów-zleceń powinno wejść w życie tak szybko jak jest to możliwe. Oczywiście trzeba uwzględnić pewien okres dostosowawczy, chociażby ze względu na już zawarte, wieloletnie umowy w ramach zamówień publicznych. Musi to zostać wzięte pod uwagę, ale nie można przesuwać latami wdrożenia nowych przepisów.

Jednocześnie w Sejmie trwają prace nad złożonym przez posłów PO projektem nowelizacji ustawy – Prawo zamówień publicznych. Przedsiębiorcy liczą, że dzięki niemu uniknęliby realizacji umów ze stratą. Jakie mechanizmy mogłyby temu zapobiec?

Adam Szejnfeld: Rzeczywiście zaproponowanie w poselskim projekcie nowelizacji przepisów o zamówieniach mogłyby korelować z rządową propozycją ozusowania umów-zleceń. Przewidują one waloryzację trzech wskaźników, które mogą mieć znaczenie dla dłuższych umów i zamówień. Jednym z nich jest waloryzacja związana ze zmianą stawek na ubezpieczenia społeczne. Gdyby to rozwiązanie zostało przyjęte, to rozwiązałoby to problem zwiększenia kosztów ponoszonych przez przedsiębiorców, przy czym mowa tu o umowach trwających dłużej niż 12 miesięcy.

Maria Janyska: Jest to o tyle ważne, że brak tego rozwiązania może niekorzystnie wpłynąć nie tylko na rynek pracy, ale i na samych zamawiających. Mówimy o dłuższych umowach, które były zawierane niemal w stu procentach w oparciu o najniższą cenę z przetargu, a więc w konsekwencji na dość niskich marżach dla wykonawców. Jeśli więc wzrosną koszty pracy, to na czym będą oszczędzać wykonawcy? Oczywiście na kosztach, zwłaszcza tych pracowniczych. A to może oznaczać, że mniej pracowników będzie realizować zamówienia publiczne. W najbardziej drastycznych przypadkach umowy mogą być zrywane, co oznacza procesy sądowe i straty nie tylko dla firm, ale także samych zamawiających. Mogą oni stanąć przed koniecznością organizowania nowych przetargów na to samo zamówienie, ale już w nowych realiach, w oparciu o nowe wskaźniki kosztów. W efekcie zapłacą więcej niż zweryfikowaliby wartość kontraktu w uzgodnieniu z wykonawcą w oparciu o klauzulę waloryzacyjną. Na dodatek poniosą straty wynikające z zerwania umowy czy niewłaściwego jej wykonania.

Projekt wykracza jednak znacznie poza samą kwestię waloryzacji. Jakie zmiany przewiduje?

Adam Szejnfeld: Dotyczy on wielu kwestii. Dla mnie najważniejsze jest jednak dążenie do ograniczenia ceny jako kryterium rozstrzygania przetargów. To jest – nie waham się użyć tego słowa – patologia, która uderza we wszystkich uczestników rynku. Zarówno w przedsiębiorców składających oferty, jak i zamawiających. Dlatego nie mam żadnych wątpliwości, że to trzeba zmienić. Proponujemy tu cały katalog rozwiązań. Począwszy od tego, by trochę zmusić zamawiających do stosowania innych kryteriów. Jeśli bowiem zamawiający chciałby wybierać tylko na podstawie ceny, to będzie musiał uzasadniać to w protokole. Innym narzędziem ma być możliwość realnego badania, czy cena jest rażąco niska oraz przeniesienia na wykonawcę ciężaru dowodu, że nie zastosował ceny rażąco niskiej. Chcemy też wprowadzić zasadę korzystania z dobrych praktyk i wzorców oraz stosowania płacy minimalnej jako minimalnego wskaźnika wyliczeń kosztów pracy. Osobiście do tego katalogu narzędzi mających ograniczać wybór na podstawie wyłącznie ceny zaliczam również klauzule waloryzacyjne.

Jacek Męcina: Nie jestem specjalistą od zamówień publicznych, ale wiem, jak są one istotne dla gospodarki i dla rynku pracy. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej od początku było za tym, żeby zmieniać praktykę stosowania wyłącznie najniższej ceny jako jedynego kryterium w przetargach, szerszego stosowania klauzul społecznych, ale także, by wymagać od wykonawców zawierania umów o pracę, jeśli jest to uzasadnione specyfiką zamówienia. Popieraliśmy ten pomysł, ale niestety pojawiły się wątpliwości co do jego zgodności z konstytucją i prawem unijnym. Mam jednak nadzieję, że podczas prac parlamentarnych uda się wypracować taki zapis, który będzie rozwiewał te wątpliwości.

Marek Kowalski: Nowa dyrektywa dotycząca zamówień publicznych przyjęta przez Parlament Europejski wyraźnie wskazuje, że zapisy ustawowe nie mogą naruszać prawa obowiązującego w danym kraju, w tym tego dotyczącego prawa pracy. W Polsce formę zatrudnienia określa kodeks pracy. Wynika z niego jednoznacznie, kiedy należy stosować umowę o pracę. Zapis zaproponowany w ustawie mówi, że zamawiający ma prawo wymagać zatrudnienia w formie umowy o pracę, kiedy charakter pracy tego wymaga, a więc w zgodzie z kodeksem pracy. Nie widzę tu niezgodności z konstytucją i prawem unijnym.

Przy okazji tego projektu doszło do niespotykanej koalicji związkowców z przedsiębiorcami, którzy jednym głosem domagają się jak najszybszej nowelizacji.

Jan Guz: Dotychczasowe przepisy o zamówieniach publicznych napsuły już tyle krwi wszystkim uczestnikom rynku pracy, tak bardzo uśmieciowiły zatrudnienie, doprowadziły do plajty tak wielu przedsiębiorstw, wygenerowały taki wzrost bezrobocia, że jak najszybsze ich znowelizowanie powinno być priorytetem. Dlatego też dwie największe centrale związkowe wraz z organizacjami skupiającymi pracodawców podpisały się pod wystąpieniem o jak najszybsze znowelizowanie ustawy w duchu projektu poselskiego.

Rząd wielokrotnie zachęcał do dialogu społecznego i rozmów między związkowcami a pracodawcami. My wychodzimy naprzeciw tym oczekiwaniom. Obydwie strony dialogu mówią, że klauzule społeczne muszą być uwzględniane w przetargach. Bo zamówień publicznych nie można postrzegać jedynie w kategoriach ekonomicznych, ale także kategoriach społecznych. Niedawno premier Donald Tusk sam mówił, że bieżący rok ma być rokiem godnej pracy. Dlatego nie rozumiem, jak to możliwe, że obowiązek zatrudniania na umowach o pracę przy realizacji zamówień publicznych jest uznawany przez rząd za niekonstytucyjny. Zresztą kwestie społeczne zostały uwzględnione w przyjętej niedawno nowej dyrektywie dotyczącej zamówień publicznych. Wiem, że na jej wdrożenie mamy dwa lata, ale stanowczo domagam się, abyśmy nie czekali tyle czasu.

Jeremi Mordasewicz: Warto zwrócić uwagę to, co napisaliśmy w tym oświadczeniu. Chodzi m.in. o konieczność zapewnienia pracownikom realizującym zamówienia publiczne co najmniej minimalnego wynagrodzenia. Jeżeli rząd i instytucje publiczne tolerują kupowanie pracy za dajmy na to połowę płacy minimalnej, to zachowują się jak paserzy kupujący za 500 zł zegarek Roleksa wart 50 tys. zł. Ja nie muszę zachowywać poprawności politycznej, dlatego mogę to powiedzieć wprost. Jak można dopuszczać do tego, by instytucje publiczne kupowały pracę po cenie 5 zł za godzinę. Co mają zrobić przedsiębiorcy startujący do takiego przetargu?

Co ciekawe rząd w swym stanowisku zgadza się z nami, że kupowanie pracy po zaniżonych stawkach to zjawisko naganne. Co jednak robi? Krytykuje przedstawioną przez posłów propozycję twierdząc, że została źle zapisana. Oczekiwałbym od rządu, że w takiej sytuacji zaproponuje jak zmienić zapis, by był zgodny z prawem. Chodzi o rozwiązanie problemu, a nie stwierdzenia, czy zapis jest dobry czy zły.

Maria Janyska: Oczywiście w trakcie prac będziemy analizowali opinie dotyczące ewentualnej niezgodności z konstytucją i dopuszczamy możliwość korekty czy przeredagowania zapisu dotyczącego możliwości wymagania umów o pracę przy zamówieniach publicznych. Ważne, by sama intencja została zachowana, bo jest to wyjście naprzeciw oczekiwaniom rynku pracy.

Przedsiębiorcy zwracają uwagę, że prace nad obydwiema nowelizacjami powinny być skorelowane. Dlaczego?

Jeremi Mordasewicz: Jeśli mamy do czynienia z dwiema tak istotnymi nowelizacjami, to musi też być zachowana odpowiednia kolejność ich wejścia w życie. Zgadzają się z tym również związki zawodowe. Najpierw musi wejść w życie nowelizacja ustawy – Prawo zamówień publicznych, która wyeliminuje patologię kupowania pracy po zaniżonej cenie oraz pozwoli na waloryzację zawartych już umów. Dopiero później zaś ustawa wprowadzająca ozusowanie umów-zleceń. Ta kolejność jest kluczowa.

Marek Kowalski: To ostatni dzwonek na to, by uchronić rynek pracy przed zapaścią. Rzadko się mówi o ustawie – Prawo zamówień publicznych jako o tej kształtującej rynek pracy w Polsce. Ale tak właśnie jest. Dlatego tak ważne jest skoordynowanie prac nad tą ustawą ze zmianami dotyczącymi ozusowania umów-zleceń. Jeśli to nie nastąpi, skutki będą nieodwracalne dla rynku. Jeżeli wejdzie w życie tylko ustawa o oskładkowaniu umów-zleceń bez wspomnianych wcześniej zapisów w ustawie zamówienia publiczne, to nie ma możliwości, żeby osiągnąć planowany przez projektodawców skutek. Przedsiębiorcy zamiast szukać możliwości zatrudnienia pracowników w formie umowy o pracę, wykorzystają ustawową furtkę i zostawią pracowników na umowach cywilnoprawnych. Chyba nie taki jest cel wprowadzenia tej ustawy. Zadaniem rządu powinno być zachęcanie pracodawców do zatrudniania pracowników w formie umowy o pracę, a nie tworzenie prawa zmierzającego tylko i wyłącznie do zwiększenia wpływów do budżetu bez względu na to z jakiego tytułu one tam wpłyną.

Mówiąc wprost – przy takim postawieniu sprawy grozi nam kolejna fala upadłości firm i poważne kłopoty na rynku pracy.

Adam Szejnfeld: Ten projekt jest tak rozległy i tak istotny, że można go chyba uznać za największą reformę zamówień publicznych tej dekady. Dlatego też nie wyobrażałem sobie prac nad tym projektem bez stanowiska rządu. Niedawno otrzymaliśmy to stanowisko i wreszcie mogliśmy rozpocząć prace.

Dynamika tych prac nie będzie zależała tylko od samych posłów. Staram się prowadzić prace podkomisji, tak by równoważyć stanowiska wszystkich uczestników procesu legislacyjnego. Gdyby stanowisko rządu było w miarę zbieżne z propozycjami poselskimi, to oczywiście te prace mogłyby toczyć się szybciej. Nie ukrywajmy jednak, że jest ono w wielu punktach krytyczne, co może wpłynąć na tempo prac. Będziemy jednak starali się poszukiwać dobrego kompromisu.

Maria Janyska: Wierzę, że najistotniejsze elementy pozostaną w projekcie i zostaną w nich zachowane intencje pomysłodawców, co oczywiście nie oznacza, że poszczególne zapisy muszą mieć dokładnie takie samo brzmienie. Gdy weźmiemy chociażby kwestię waloryzacji umów o zamówienia publiczne, to przecież co do samego pomysłu rząd odnosi się pozytywnie, więc sądzę, że jest miejsce na wypracowanie kompromisu.

Różnimy się tu z rządem w zasadzie w jednym tylko aspekcie, przy czym chyba wiąże się to z pewnym niezrozumieniem. Ze stanowiska rządowego wynika, jakbyśmy proponowali pewien automatyzm waloryzacji umów – o tyle, o ile zmieni się dany wskaźnik, o tyle będzie waloryzowana umowa. My jednak proponujemy co innego. Mamy na myśli odpowiednią zmianę wynagrodzenia, uwzględniającą wiele czynników – czas, jaki pozostał do zakończenia umowy, a także dokładną analizę tego, jak zmiana danej stawki rzeczywiście wpłynęła na czynniki kosztotwórcze po stronie wykonawcy. Może przecież zdarzyć się tak, że kupi on materiały wcześniej i zmiana np. stawki VAT nie zmieni w żaden sposób jego sytuacji.