Najnowsze dane Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w tej sprawie wskazują, że jest ich mniej w porównaniu do poprzednich lat. Na przykład w całym 2011 r. takich wniosków było 39,2 tys., a rok wcześniej 33,2 tys.

Zdaniem Przemysława Andrysiaka, kierownika działu świadczeń rodzinnych Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Zabrzu, mniejsza liczba wynika m.in. z tego, że wielu dłużników miało już takie pisma skierowane w poprzednich latach.

– W związku z wypłacaniem wsparcia z Funduszu Alimentacyjnego na każdy kolejny okres świadczeniowy wszczynamy postępowanie wobec niesolidnego rodzica. Jego elementem jest wniosek kierowany do starosty. Jeżeli w dokumentacji mamy adnotację, że został on już skierowany, a dłużnik nie podjął żadnych kroków pozwalających na zwrot dokumentu, to w takiej sytuacji nie wysyłamy kolejnego wniosku – tłumaczy.

Na mniejszą liczbę wniosków w pierwszym półroczu miała też wpływ zmiana procedury zatrzymywania prawa jazdy, którą od tego roku muszą stosować gminy. Wymaga ona, aby przed skierowaniem pisma do starosty przeprowadziły dodatkowe postępowanie o uznanie dłużnika za uchylającego się od zobowiązań alimentacyjnych.

– Jej stosowanie wydłużyło czas potrzebny do tego, aby możliwe było wysłanie wniosku o zatrzymanie prawa jazdy. Dłużnik może też odwołać się od naszej decyzji – podkreśla Marzena Szuleta, kierownik biura świadczeń rodzinnych Urzędu Miasta w Kaliszu.

Tłumaczy, że ponieważ wiele pism o odebranie prawa jazdy było kierowanych w sierpniu i we wrześniu, to może okazać się, że na koniec roku nie będzie ich mniej niż w poprzednich latach.

Z kolei Katarzyna Strzemieczna, p.o. kierownik działu świadczeń rodzinnych i Funduszu Alimentacyjnego MOPS w Sopocie, zwraca uwagę, że innym powodem mniejszej liczby wniosków może być brak przesłanek do uznania rodzica za uchylającego się od zobowiązań alimentacyjnych, co powoduje, że nie ma podstaw występowania do starosty.

– Stanie się tak, jeżeli okaże się, że dłużnik płacił w ciągu ostatnich sześciu miesięcy nie mniej niż połowę alimentów. Mieliśmy zresztą kilka takich przypadków – wyjaśnia Katarzyna Strzemieczna z sopockiego MOPS.