Rodzice, którzy uparcie walczyli z obniżeniem wieku szkolnego i wymusili na resorcie edukacji odroczenie reformy, odnieśli pyrrusowe zwycięstwo. Wprawdzie we wrześniu 2012 roku ich dzieci nie będą miały ustawowego obowiązku rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie, ale i tak trafią do szkół. A dokładniej, do utworzonych w nich zerówek.

Większość samorządów przez ostatnie lata przygotowywała się do wdrożenia reformy i przystosowywała szkoły na przyjęcie sześciolatków. Tworzyły w nich dodatkowe miejsca, adaptowały sale etc. Zwolnione przez sześciolatki miejsca w przedszkolach przeznaczono na przyjęcie większej liczby trzy- i czteroletnich dzieci. Teraz trzeba dla nich wszystkich znaleźć miejsce.

Kilka dni temu odbyło się spotkanie zespołu edukacji Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. Samorządowcy negatywnie zaopiniowali projekt nowelizacji ustawy, odraczający termin wejścia w życie reformy. – Zawsze będzie jakaś liczba szkół, które do tej reformy się nie przygotują – uważa Marek Olszewski, wójt gminy Lubicz i wiceszef Związku Gmin Wiejskich. Wskazuje, że takie przesunięcie w czasie burzy budowaną przez lata politykę edukacyjną. A ta była taka, że miejsce sześciolatków, którzy do tej pory uczą się także w przedszkolnych zerówkach, mają zająć młodsze dzieci.

Teraz, jak szacuje MEN, nawet 60 proc. tego rocznika decyzją rodziców pozostanie na drugi rok w zerówce. A to oznacza, że wiele gmin stanie przed dylematem, co z nimi zrobić: posłać sześciolatki do szkół, gdzie już przygotowano dla nich miejsca, czy też kosztem młodszych dzieci zapewnić dalszą opiekę przedszkolną. Problem jest poważny, bo w przyszłym roku w skali kraju czterolatków będzie o 40 tys. więcej niż sześciolatków. W 2013 roku – o 30 tys. więcej. – Problemem będzie za mała liczba miejsc w przedszkolach – mówi Iwona Iwaszkiewicz, dyr. wydziału edukacji w Bydgoszczy i ekspert ds. edukacji w Unii Metropolii Polskich. I dodaje, że liczą na to, iż jak największa liczba rodziców w przyszłym roku i kolejnych latach zdecyduje się posłać swoje sześcioletnie dzieci do pierwszej klasy. To zwolniłoby miejsca w przedszkolach i dało gminom pieniądze na edukację w postaci subwencji oświatowej, która trafia do nich wraz z każdym uczniem. Bo przedszkolaki i zerówkowicze nie są dofinansowywani. Na taki scenariusz nie liczy jednak wójt gminy Lubicz. – Skoro minister przesunął termin reformy, to społeczeństwo dostało sygnał, że szkoły nie są gotowe. Trudno będzie przekonać rodziców, że jest inaczej – mówi Olszewski.

Rozwiązaniem mogłaby być kampania informacyjna, bezpośrednie docieranie do rodziców przyszłorocznych sześciolatków. – Ale to zewnętrzni eksperci musieliby przekonać rodziców do posłania dzieci do szkoły – wskazuje Waszkiewicz. To już jednak zadanie nie dla samorządów, lecz dla samego MEN, które w ten sposób mogłoby złagodzić negatywne skutki swojej decyzji.

DGP przypomina

Pod koniec listopada MEN ogłosiło projekt nowelizacji ustawy o systemie oświaty, zgodnie z którą obowiązek posłania do szkoły sześciolatków został przesunięty z 1 września 2012 na 1 września 2014 r. Powodem decyzji był niski wskaźnik sześciolatków, których rodzice dobrowolnie posłali do szkół w l. 2009 – 2011. W tym roku było to około 20 proc., co oznacza, że za rok w pierwszych klasach spotkałyby się de facto dwa roczniki uczniów – 80 proc. siedmiolatków i cały rocznik sześciolatków. W efekcie kumulacji dzieci miałyby utrudnioną, przez większą konkurencję, rekrutację do dobrych gimnazjów, liceów ogólnokształcących, a potem na uczelnie. Problemy byłyby także na rynku pracy.