Zapotrzebowanie na takich pracowników rośnie głównie w małych i średnich firmach w branży budowlanej, handlowej, usługowej, ale coraz częściej również w administracji – wynika z analizy ofert największych agencji zatrudnienia, a także raportów TNS OBOP czy firmy badawczej 4Business&people.

Dla specjalistów od rekrutacji to dowód, że pracodawcy przygotowując się na okres spowolnienia szukają przede wszystkim pracowników, których w razie zapotrzebowania będą mogli skierować do nowych prac. Popyt na multifachowców to efekt rosnących kosztów prowadzenia działalności gospodarczej. Drożejące paliwa, energia, a także planowana podwyżka składki rentowej sprawiają, że firmy, obawiając się spadku rentowności średnio o 1 – 2 proc., już dziś starają się jak najbardziej efektywnie wykorzystać pieniądze, które idą na wynagrodzenia.

– Nie chcę płacić za to, że pracownica czeka na klienta i pije sobie herbatę – mówi Barbara Staszewska, właścicielka zakładu kosmetycznego w Lublinie. Chciałaby, żeby pracownica, którą przyjmie do pracy w styczniu, umiała nie tylko założyć tipsy czy pomalować paznokcie, ale także zrobić makijaż wieczorowy czy masaż twarzy. – Tylko wtedy ten nowy etat mi się zamortyzuje – mówi. Innym przykładem jest Jacek Sambor, szef niewielkiej warszawskiej spółki budowlanej. Od kandydatów do pracy oczekuje nie tylko perfekcyjnego układania cegieł czy malowania, ale także kładzenia instalacji elektrycznej i hydraulicznej, a nawet spawania.

Dla pracowników, którzy mają pracę, oznacza to nie tylko więcej obowiązków, ale też konieczność poszerzenia umiejętności. Niestety pracodawcy już zapowiadają zmniejszenie nakładów na szkolenia. Z sondaży Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” wynika, że oszczędności w tej dziedzinie planuje 71 proc. badanych firm. Fachowcy od rekrutacji przestrzegają jednak szukających zatrudnienia przed robieniem szybkich kursów i kompletowaniem dyplomów. – Przedsiębiorcy szukają ludzi z doświadczeniem, którzy będą swoje obowiązki wykonywać tak, aby nie obniżyć jakości usług – mówi Małgorzata Sacewic-Górska z agencji pracy Randstad.

W wysoko kwalifikowanych profesjach, takich jak informatycy czy finansiści nie mniej ważne jest doświadczenie. Od programistów, inżynierów, handlowców czy pracowników centrów usług finansowo-księgowych pracodawcy oczekują dziś minimum 2-, 3-letniego stażu pracy i tu – w przeciwieństwie do pracowników fizycznych – wąska specjalizacja nie musi być wadą.

Oprócz kwalifikacji i doświadczenia pracodawcy coraz bardziej patrzą też na kompetencje miękkie, takie jak umiejętność pracy w zespole, chęć uczenia się nowych rzeczy czy zdolność dostosowywania się do nowych warunków. Większość polskich firm nie ma jeszcze narzędzi pozwalających zmierzyć takie kompetencje u kandydatów do pracy. Najczęściej wychodzą one w czasie okresu próbnego. Tak np. bada predyspozycje swoich pracowników firma doradcza BAA, która wszystkich zatrudnia najpierw na trzy miesiące. – Jeśli się nie sprawdzą, to im dziękujemy – mówi Grażyna Majcher-Magdziak, prezes firmy. I dodaje, że miękkie kompetencje pracowników są nie mniej ważne niż certyfikaty i dyplomy. – Pracujemy w zespołach, dlatego ludzie nie mogą być konfliktowi i budzić negatywnych emocji – podkreśla Majcher-Magdziak.

Co ciekawe, coraz mniejsze znaczenie dla szefów ma dyspozycyjność 24 godziny na dobę. Potwierdzają to najnowsze badania 4Business&people, z których wynika, że tylko 25 proc. pracodawców oczekuje angażowania się w sprawy firmowe kosztem czasu wolnego. Obecnie przychylnym okiem patrzy na to tylko 25 proc. badanych firm, podczas gdy 20 lat temu było to aż 50. Analitycy przewidują, że ten wskaźnik będzie maleć i za 10 lat pracoholicy, którzy przedkładają sprawy firmowe nad życie rodzinne czy prywatne, nie będą tolerowani przez kadrę kierowniczą.