Generalnie ten typ szkół został najlepiej oceniony przez oświatowych ekspertów i wydaje się najjaśniejszym punktem na edukacyjnej mapie Polski. Jednak ma też swoje wady. Najpoważniejszą jest niska aktywność uczniów. „Nauczyciele sporadycznie stwarzają uczniom w trakcie lekcji sytuacje, w których mogą rozwiązywać problemy i być badaczami. Uczniowie są na zajęciach bierni, słuchają wykładu nauczyciela i przepisują informacje ze slajdów, tablicy, podręcznika” – czytamy w jednym z regionalnych raportów.

Eksperci wskazują tam również brak współpracy nauczycieli i uczniów nad doskonaleniem procesów edukacyjnych. Wytykają, że bierność kształtuje też tradycyjny model zajęć z wychowania fizycznego w systemie klasowo-lekcyjnym. Urszula Przedpełska, dyrektor VIII Liceum Ogólnokształcącego w Toruniu, przyznaje ponadto, że problemem jest absencja uczniów oraz to, że u licealistów często widać nastawienia „na minimum”.

Zdaniem Sławomira Kłosowskiego, byłego kuratora i byłego wiceministra edukacji, nie zmieni się tego stanu, jeżeli resort edukacji nie określi maksymalnej liczby uczniów w klasie na poziomie 24 osób. – To ułatwi dotarcie do ucznia i prowadzenie zajęć w sposób, który ich zaktywizuje – przekonuje.

Krystyna Łybacka wskazuje, że dobrym pomysłem na pobudzenie intelektualne uczniów jest tworzenie współpracy pomiędzy liceami oraz uczelniami. Niektóre szkoły już tak funkcjonują. – Bierzemy udział w projekcie Diament, który ma na celu wyłapanie najzdolniejszych uczniów, czy w programie o podobnym charakterze, który nazywa się Młodzieżowy Uniwersytet Matematyczny – mówi Jan Zadora, dyrektor Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Suchej Beskidzkiej. I wydaje się, że jest to najlepsza droga do tego, by uczniowie u progu jednej z najistotniejszych decyzji w swoim życiu wiedzieli, co ich interesuje i w czym są dobrzy.

Mniejszym problemem jest słaby nadzór pedagogiczny. Dyrektorzy liceów wskazują, że jest to pochodna znowelizowanej ustawy o systemie oświaty, która zmieniła jego model. – Teraz nie zajmują się już tym kuratoria, więc muszą to robić dyrektorzy, którzy nie mają na to wszystko czasu – opowiada Tomasz Malicki, dyrektor I LO im. B. Nowodworskiego w Krakowie. – W liceach mamy do czynienia z najdojrzalszą młodzieżą. Paradoksalnie wpływa to na osłabienie wewnętrznego nadzoru pedagogicznego, ale tylko dlatego że w tego typu szkołach rzadko zdarzają się problemy, które wymagają ścisłej kontroli – wyjaśnia Krystyna Łybacka, była minister edukacji.