Dziś deficyt w systemie rentowym przekracza 16 mld zł. Podwyżka składki o 2 proc. oznacza, że pracodawcy zamiast 4,5 proc. od podstawy wynagrodzenia każdego pracownika zapłacą 6,5 proc., czyli tyle, ile przed obniżką w 2008 roku. Spowoduje to, że do średniego wynagrodzenia pracowniczego wynoszącego dziś ok. 3,5 tys. zł brutto, pracodawca dopłaci dodatkowe 70 zł. Celem ma być zmniejszenie deficytu funduszu rentowego i sektora finansów publicznych.

Ustawa rusza teraz do konsultacji społecznych. Rządowi się śpieszy, bo chce, by weszła w życie za trzy miesiące. – To możliwe, pod warunkiem że konsultacje społeczne skrócone zostaną do 20 dni, Sejm dokument uchwali w ciągu jednego dnia, tak jak ustawę powodziową, a w Senacie projekt nie zabawi dłużej niż jeden dzień – zastrzega konstytucjonalista prof. Marek Chmaj.

Podwyżkę kosztów pracy źle przyjęli pracodawcy. – Nie będzie wielkiej fali zwolnień, ale nie będzie też podwyżek – wyjaśnia Jeremi Mordasewicz, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, i dodaje, że może powiększyć się szara strefa. Zaznacza, że choć część pracodawców gotowa jest przyjąć dodatkowe obciążenie, aby ograniczyć deficyt FUS, to jednak w zamian oczekuje ograniczenia kosztów administracyjnych o 10 proc. rocznie. Chodzi np. o koszty odprowadzania składek ZUS, sporządzania różnego rodzaju sprawozdań czy kosztów przechowywania danych pracowników. Natomiast prof. Stanisław Gomułka uważa, że tej podwyżki nie należy demonizować. – Przed obniżką składki w 2008 r. była ona w sumie płacona w wysokości 13 proc. Teraz będzie to 8 proc. po stronie pracodawcy i pracownika. Nadal więc koszty pracy są niższe niż pięć lat temu.