Wszystko to każe podjąć wreszcie poważną debatę, a w ślad za nią szybkie decyzje, które zapobiegną życiu w iluzji, że wszystko jest pod kontrolą. Jeśli tego nie zrobimy, pewny jest morderczy dla naszego rynku pracy scenariusz podnoszenia podatków i składek oraz wypłaty świadczeń na poziomie niższym, niż nam się teraz obiecuje.

Za fatalną kondycję systemu emerytalnego po pierwsze odpowiadają rządzący – ich krótkowzroczność i chęć przypodobania się obywatelom. Od 30 lat rozdają emerytalne łapówki. Najpierw w latach 80., po wprowadzeniu stanu wojennego, do wcześniejszej emerytury prawo zyskała nawet kasjerka PKP. W kolejnej dekadzie, aby oswoić skutki transformacji, wysyłano masowo na emerytury czy świadczenia przedemerytalne młode i zdrowe osoby. Wreszcie w latach 2005 – 2007 rządy lewicy i PiS wydłużyły (szły wybory!) przywileje emerytalne. Wyłączono też z nowego systemu górników. W 2008 r. rząd PO wygasił sporą część przywilejów, ale to był jedyny akt odwagi, na jaki się zdobył. Później już tylko kuglował – ciął OFE, dał ZUS możliwość zaciągania długu w budżecie państwa, regularnie wyprowadza pieniądze z Funduszu Rezerwy Demograficznej. Poważnej debaty na temat dłuższej pracy czy likwidacji wszelkich przywilejów nie słychać.

Albo reforma FUS, albo wysokie podatki i składki oraz bardzo niskie emerytury

Drugim powodem strukturalnej niewypłacalności FUS jest demografia. A tak naprawdę, z czym musimy się mentalnie i intelektualnie pogodzić, koniec złotych czasów z drugiej połowy XX wieku, które nigdy już się pewnie nie powtórzą – czyli bardzo wysokiego przyrostu naturalnego i małej liczby osób w wieku poprodukcyjnym. Na przykład w USA w 1950 r. na jedną osobę pobierającą emeryturę przypadało 17 pracujących. W 1970 r. – już tylko trzech. Tylko jedno, powojenne pokolenie, napędzane po pierwsze demograficzną eksplozją, a po drugie fantastycznym wzrostem gospodarczym, mogło sobie pozwolić na wczesne odchodzenie z rynku pracy i otrzymywanie bardzo wysokich świadczeń. Nie wrócą już czasy bogatych niemieckich emerytów na Bali. To pewne.

Czas się z tym pogodzić. Potrzeba fundamentalnej debaty na temat systemu ubezpieczeń. Nie da się na dłuższą metę łatać go kolejnymi doraźnymi działaniami. Według mnie najlepszym rozwiązaniem byłaby nowa umowa z obywatelami na temat zabezpieczenia na starość. W duchu wolności i odpowiedzialności. Docelowo powinniśmy zmierzać do jak najniższej składki, która zapewnić ma jedynie minimalne socjalne zabezpieczenie. Trzeba wtedy uczciwie powiedzieć, że emerytura wyniesie 20 – 25 proc. ostatniego wynagrodzenia. To rozwiązanie ma dużo zalet. Poprawia wypłacalność systemu emerytalnego, daje szanse na niższe podatki. Zwiększa pensje netto, co skutkuje zwiększonym popytem, niższą presją na wzrost płac (większa konkurencyjność firm), wyższymi inwestycjami w gospodarce, w efekcie wyższym wzrostem. Zatrzymanie jak największej kwoty pieniędzy w kieszeni przyszłych emerytów ogranicza także szarą strefę, bo wyższa pensja netto zachęca do legalnej pracy. Taki system jest prosty i przejrzysty. Przyczyniłby się także do akceptacji podniesienia wieku emerytalnego – ludzie rozumieliby, że zryczałtowany system wymaga prostych zasad przechodzenia na świadczenie.

Obywatel wiedziałby, że wpłaca na emeryturę minimum i będzie miał minimalne świadczenie. Sam musi się więc zatroszczyć o resztę. Dzięki temu maleje hazard moralny, w którym osoba ubezpieczona nie oszczędza, bo wszechogarniające państwo i tak zapewni jej byt. Realnym zabezpieczeniem na starość stają się też dzieci, system ten zwiększyłby więc dzietność.

Bez względu na to, jaki model wybierzemy – a można nawet wyobrazić sobie zniesienie obowiązku ubezpieczeniowego – jedno jest pewne: obecna iluzja jeszcze chwilę może potrwać, ale na dłuższą metę nie da się jej utrzymać. Powinno to do nas dotrzeć. Jeśli sprzeciwiamy się np. podniesieniu wieku emerytalnego, to tak jakbyśmy prosili rząd o wyższe podatki.