Uczelnie publiczne uważają, że umowa należy się studentowi tylko wtedy, gdy musi on wnieść opłatę. Powołują się na opinię komisji prawnej Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego, organu współpracującego z MNiSW.

Problem pojawił się w związku z nowelizacją ustawy o szkolnictwie wyższym, która obowiązuje od 1 października. Znalazł się w niej zapis, że warunki odpłatności za studia lub usługi edukacyjne określa umowa zawarta między uczelnią a studentem. Chodzi o opłaty pobierane na studiach stacjonarnych za drugi kierunek, powtarzanie zajęć czy studia prowadzone w języku obcym. I tu tkwi istota sporu. Zdaniem studentów oraz MNiSW to obliguje uczelnie, by takie umowy podpisywały z każdym studentem. Zdaniem uczelni tylko z tymi, którzy muszą wnosić opłaty.

To stanowisko potwierdza opinia Rady Głównej. „Reforma szkolnictwa wyższego z 2011 r. nie wprowadziła dla uczelni obowiązku zawierania umowy z każdym studentem. Nie ma takiego generalnego przepisu; z art. 160 ust. 3 wynika jedynie wyjątek od tej zasady, a nie odwrotnie” – pisze Ewa Babińska, przewodnicząca komisji prawnej RGSW. Te wyjątki to sytuacje, kiedy student wnosi opłatę na rzecz uczelni np. za poprawkowy egzamin.

Inaczej sprawę widzi resort nauki. W środę po południu rozesłał do uczelni pismo, w którym wzywa rektorów do podpisania ze wszystkimi studentami studiów stacjonarnych umów w możliwie krótkim czasie. W innym wypadku resort potraktuje to jako sygnał, że uczelnie nie chcą otrzymywać subwencji.

Co na to rektorzy? – Nie zmienia to naszego stanowiska. Zdecydowaliśmy się zamówić niezależną opinię prawną i, tak jak zapowiadaliśmy, spotkać się w przyszłym tygodniu z Parlamentem Studentów w sprawie zmian w regulaminach studiów – mówi Anna Korzekwa, rzecznik prasowy Katarzyny Chałasińskiej-Macukow, rektor UW i szefowej KRASP.

Na razie więc studenci nie mają co liczyć na umowy.

Rektorzy są za to gotowi przystać na zmiany w regulaminach studiów, których wprowadzenia domagają się studenci