Kontrowersji wobec tej reformy jest coraz więcej. W sobotę premier Donald Tusk, komentując stanowisko minister edukacji Katarzyny Hall, która proponuje rozłożenie terminu wejścia sześciolatków do pierwszych klas na dwa lata, stwierdził, że stara się ona oceniać, na ile państwo ma możliwość zagwarantowania tym dzieciom właściwych warunków.

O tym, że polskie szkoły nie są gotowe na przyjęcie maluchów, wiadomo nie od dziś. Alarmowali już o tym główny inspektor sanitarny, samorządowcy oraz pedagodzy. Zdaniem ekspertów potrzeba jeszcze nawet pięciu lat i kilku miliardów złotych, aby ten stan rzeczy zmienić. Problem widzą też rodzice: ponad 76 proc. z nich nie zdecydowało się posłać w tym roku swoich sześciolatków do szkoły, choć mieli tę możliwość.

Gdyby reforma weszła w życie od 1 września przyszłego roku, w pierwszych klasach znalazłyby się dwa roczniki, czyli około 700 tys. uczniów, a nie jak dotychczas – 400 tys. Oczywiście różnie to wygląda w różnych samorządach. Np. w tym roku w Gdyni do pierwszej klasy poszło blisko 60 proc. sześciolatków. – To efekt polityki oświatowej prowadzonej od wielu lat, której celem było objęcie szkolną zerówką jak największej liczby sześcioletnich dzieci – opowiada wiceprezydent Gdyni Ewa Łowkiel. Gdyńskie szkoły zostały dostosowane do takich wymagań, teraz o każdego sześciolatka osobiście ubiega się dyrektor szkoły, imiennie zapraszając rodziców, by zobaczyli szkolną infrastrukturę i zapoznali się z różnicami programowymi pomiędzy zerówką a pierwszą klasą.

Na drugim końcu skali znajdują się takie szkoły jak ta w Luboniu, gdzie nie ma nawet korytarzy czy szatni, bo do klas wchodzi się bezpośrednio z klatki schodowej. Kurtki dzieci wieszają w klasach, a świetlica to pokój 4 x 5 m, w której muszą zmieścić się wszyscy uczniowie z klas od pierwszej do szóstej włącznie. – By wyrównać te różnice, potrzeba będzie jeszcze kilku miliardów złotych w skali kraju – wskazuje Marek Olszewski, wiceprzewodniczący Związku Gmin Wiejskich i wójt gminy Lubicz. Samorządy będą musiały wygospodarować na ten cel własne pieniądze, bo żadna z partii w swoich programach nie mówi o rządowej pomocy w tym kierunku. Najczęstszym postulatem jest odsunięcie reformy w czasie.