Takie działania są niezbędne, jeżeli chce się efektywnie walczyć z bezrobociem. Urzędy pracy od lat nie są w stanie same poradzić sobie z tym problemem. Są zbyt obciążane obowiązkami biurokratycznymi, żeby faktycznie zająć się aktywizacją zawodową, zwłaszcza tych najtrudniejszych bezrobotnych, czyli młodych bez doświadczenia zawodowego, osób powyżej 50. roku życia oraz takich, którzy bez pracy pozostają dłużej niż rok.

Bardziej wydajni doradcy

Żeby znacząco obniżyć liczbę zarejestrowanych bezrobotnych, należy zlikwidować obowiązek ubezpieczenia zdrowotnego bezrobotnych przez urzędy pracy. Powszechnie wiadomo, że dla wielu osób jest to jedyny powód zarejestrowania się jako poszukujący zatrudnienia.

– Po wyprowadzeniu składki z urzędów bezrobocie spadnie o połowę – twierdzi Roland Budnik, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy (PUP) w Gdańsku.

Gdyby nastąpiło tak radykalne zmniejszenie liczby zarejestrowanych w pośredniakach, to na jednego doradcę zawodowego przypadałoby znacznie mniej bezrobotnych niż obecnie. Wtedy wreszcie tworzyliby dla nich indywidualne plany aktywizacji. Teraz poświęcają swoim klientom kilka minut w miesiącu. W efekcie ich aktywizacja pozostaje fikcją.

– Po zmniejszeniu liczby zarejestrowanych urzędy na pewno będą osiągały wyższą skuteczność w zatrudnianiu bezrobotnych. Obecnie wynosi ona 50 proc., a w Unii Europejskiej 70 proc. – mówi prof. Elżbieta Kryńska z Uniwersytetu Łódzkiego.

Opłata za motywowanie

Do walki z bezrobociem należy również aktywnie włączyć prywatne agencje pracy. Mimo że obowiązujące przepisy przewidują współpracę publicznych urzędów pracy z ich prywatnymi odpowiednikami, to jej przykładów jest niewiele. Jednym z nich jest program prowadzony w Gdańsku, którego realizacja kończy się jesienią. Tam agencja przejęła 300 bezrobotnych z urzędu. Za doprowadzenie do zatrudnienia każdego bezrobotnego ma otrzymać do 6,5 tys. zł. Efekty pilotażu są jednak mizerne.

– Do tej pory otrzymaliśmy potwierdzenie jedynie od trzech firm, że zatrudniły bezrobotnych – mówi Roland Budnik.

Jego zdaniem, aby agencje faktycznie zajęły się aktywizowaniem bezrobotnych, należy je za to dobrze wynagradzać. Obecnie dostają pieniądze jedynie za efektywne znalezienie pracy dla bezrobotnego.

Zgodnie z ustawą o promocji zatrudnienia prywatni pośrednicy mogą otrzymać z Funduszu Pracy do 150 proc. przeciętnego wynagrodzenia (obecnie 5,2 tys. zł) za doprowadzenie do zatrudnienia każdego bezrobotnego znajdującego się w szczególnej sytuacji na rynku pracy. Dotyczy to m.in. osób długotrwale bezrobotnych czy bez kwalifikacji. W dniu podpisania umowy z dyrektorem PUP agencja otrzymuje 30 proc. środków na działania, jakie podejmie w celu znalezienia pracy. Jeśli bezrobotny utrzyma się w niej krócej niż rok, to zwraca pieniądze.

Taki system krytykują jednak eksperci.

– Prywatni pośrednicy powinni być wynagradzani również za samo zajmowanie się poszukującym zatrudnienia, motywowaniem ich i za wskazywanie kierunków rozwoju zawodowego – mówi Roland Brudnik.

W zamian jednak za tak atrakcyjne warunki finansowania agencje aktywizowałyby głównie trudnych bezrobotnych.

– Powinny zająć się na przykład osobami, które są w rejestrach ponad dwa lata, albo starszymi osobami – mówi Piotr Krawczyk, p.o. zastępca dyrektora w PUP w Częstochowie.

Anglikom się udało

Właśnie taką strukturę wynagradzania agencji przyjęła Wielka Brytania w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Połowę wynagrodzenia państwo płaciło im za samo zajmowanie się bezrobotnymi. A resztę za znalezienie pracy. Po kilku latach, kiedy taki system zaczął się sprawdzać, dostawały pieniądze tylko w przypadku zatrudnienia bezrobotnego.

Zdaniem Jacka Męciny, doradcy zarządu PKPP Lewiatan, warto skorzystać z wzorów zagranicznych. Atrakcyjne opłacanie agencji w zamian za zatrudnienie bezrobotnych nie jest wcale takie kosztowne w porównaniu z kosztami społecznymi, jakie oni generują. Przecież korzystają z zasiłków dla bezrobotnych, z pomocy społecznej, form aktywnej polityki rynku pracy (na przykład staże czy szkolenia).

– Bezrobocie to nie tylko koszty ekonomiczne i socjalne, ale także indywidualne i rodzinne dramaty oraz strata dla samej gospodarki i państwa – mówi Jacek Męcina.

Zwiększenie zatrudnienia jest kluczowe z punktu widzenia tempa rozwoju gospodarczego. Jego wzrost tylko o jeden procent to dodatkowe 4 mld zł wpływów do budżetu w ciągu roku.