– Zatrudniam pięciu pracowników. Wypłacam im do ręki po 1300 zł, ale około 900 zł od każdego z nich muszę odpalić państwu pod postacią siedmiu różnych podatków: PIT, składki emerytalnej, rentowej, wypadkowej, zdrowotnej, funduszu pracy oraz gwarantowanych świadczeń socjalnych. Państwo zarabia na moich pracownikach 70 proc. tego, co oni – mówi Stanisław Grygas, właściciel zakładu stolarskiego pod Suwałkami. Dodaje, że gdyby kwota tych danin spadła choćby o 400 zł, mógłby zatrudnić kolejnego fachowca, który przyniósłby firmie zysk i pieniądze państwu.

Tymczasem politycy starają się zmniejszać bezrobocie bezpośrednimi dopłatami, stażami, szkoleniami, aktywizacją poszczególnych grup, a nie są w stanie pojąć mechanizmu, jakim rządzi się rynek – firmy nie chcą zatrudniać pracowników, bo im się to nie opłaca. Zarówno przez wysokie koszty pracy, jak i nieelastyczny rynek zatrudnienia. – Jeszcze 2 – 3 lata temu w Polsce łatwiej było się rozwieść, niż zwolnić sekretarkę – mówi Cezary Kaźmierczak ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Ta elastyczność oznacza łatwość i dowolność nie tylko w zwalnianiu pracowników, lecz także w ich zatrudnianiu – w im większym stopniu rynek uwolniony jest od podatków i regulacji, tym chętniej firmy zatrudniają.

Zdaniem Centrum im. Adama Smitha bezrobocie w Polsce zmniejszyłoby się o połowę niemal natychmiast, gdyby realne opodatkowanie pracy wynosiło 20 – 30 proc., a nie – jak obecnie – 60 – 70 proc. W tym miejscu odzywają się politycy, krzycząc, że nie mogą sobie pozwolić na utratę tak dużych wpływów do budżetu. W rzeczywistości jednak nie straciliby nawet złotówki, bo i firmy, i pracownicy zaoszczędzone w ten sposób pieniądze po prostu by wydali, jednocześnie uzupełniając państwową kasę podatkami konsumpcyjnymi.