Uczelnie, które kształcą studentów przez internet, będą mogły prowadzić więcej zajęć na odległość. Obecnie ich liczba nie może przekraczać 60 proc.

Limit ten znosi projekt rozporządzenia ministra nauki i szkolnictwa wyższego zmieniającego rozporządzenie w sprawie warunków, jakie muszą być spełnione, aby zajęcia dydaktyczne na studiach mogły być prowadzone z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość. Trafił on właśnie do konsultacji społecznych. Ma wejść w życie 14 dni od ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.

Resort nauki zastrzega jednak, że zdobywanie praktycznych umiejętności, w tym zajęcia laboratoryjne, terenowe i warsztatowe, powinny odbywać się w warunkach rzeczywistych (np. w siedzibie szkoły). Muszą być podczas nich obecni zarówno nauczyciele akademiccy, jak i studenci. A metody i techniki kształcenia na odległość, w tym wirtualne laboratoria, mogą mieć jedynie charakter wspomagający.

Mimo tego zastrzeżenia zniesienie limitu w zakresie e-learningu oznacza, że szkoły wyższe będą mogły nadużywać tej formy kształcenia kosztem jej jakości. Dla nich to bowiem oszczędność. Uczelnia nie musi ponosić opłat m.in. związanych z wynajem sal. Natomiast student zaoszczędzi na dojazdach.

Zdaniem Iwony Bedner-Włoch z Wyższej Szkoły Finansów i Informatyki im. prof. J. Chechlińskiego w Łodzi zastąpienie większości spotkań wykładami przez internet nie jest jednak dobrym rozwiązaniem.

– Kontakt z nauczycielem akademickim jest ważny, to niezbędny element edukacji akademickiej. Zabiegają o niego sami studenci – tłumaczy.

Dlatego, jak dodaje, mimo że e-learning wprowadzany będzie w łódzkiej placówce już od 1 października, to obejmie on tylko niektóre wykłady.