W sumie w 2010 r. we wszystkich gospodarstwach domowych w dotkliwej biedzie żyło ponad 0,5 mln dzieci i młodzieży do lat 18 – wynika z szacunków „DGP” na podstawie danych urzędu statystycznego.

Wydatki w ich rodzinach były mniejsze od minimum egzystencji liczonego przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. A obejmują one kwoty pozwalające tylko na skromne wyżywienie i utrzymanie małego mieszkania. Nie ma wśród nich żadnych wydatków np. na komunikację i kulturę. W ubiegłym roku takie minimum dla czteroosobowego gospodarstwa wynosiło miesięcznie tylko 1257 zł.

Z szacunków „DGP” wynika ponadto, że w ubiegłym roku w głębokim niedostatku żyło milion dzieci – były one zagrożone ubóstwem relatywnym. W ich rodzinach wydatki były bardzo skromne – o ponad połowę mniejsze od średnich w gospodarstwach domowych.

– Biedę tworzy przede wszystkim wysokie bezrobocie – mówi prof. Jolanta Grotowska-Leder, socjolog z Uniwersytetu Łódzkiego. I nie jest to przypadkowe. Pracę w pierwszej kolejności tracą niestety często osoby mające dzieci na utrzymaniu. – Są postrzegane przez pracodawców jako najmniej dyspozycyjne – wyjaśnia Agnieszka Chłoń-Domińczak, była wiceminister pracy. – Ponadto niewydolny jest system pomocy społecznej, który mógłby ograniczać biedę – ocenia prof. Grotowska-Leder. Jej zdaniem świadczy o tym nasilająca się bieda w rodzinach utrzymujących się z niezarobkowych źródeł innych niż emerytura i renta, a więc np. z zasiłków dla bezrobotnych, świadczeń z pomocy społecznej, dodatków mieszkaniowych, alimentów czy darowizn.

Nie mniej ważne jest to, że od pięciu lat zamrożone są progi uprawniające do korzystania ze świadczeń społecznych – dodaje prof. Grotowska-Leder. Trafiają one do rodzin, których dochód na członka rodziny nie przekracza 504 zł albo 583 zł, gdy w rodzinie jest dziecko niepełnosprawne. – A przecież ceny żywności i innych dóbr rosną – podkreśla prof. Grotowska-Leder.

Jest także inne zjawisko. – Rodziny zakładają i mają dzieci osoby, które odziedziczyły biedę i nadal w niej tkwią – ocenia prof. Henryk Domański, socjolog z PAN. Zdaniem ekspertów dzieje się tak m.in. dlatego, że pomoc instytucji państwowych nastawiona jest głównie na zaspokojenie bieżących potrzeb, np. żywnościowych, związanych z opłatą czynszu czy opału, zakupem podręczników czy finansowaniem wakacji dzieci. Nie ma jednak szerokich działań perspektywicznych, pozwalających na wyrównywanie m.in. szans edukacyjnych środowisk dotkniętych ubóstwem. Dlatego dzieci z biednych rodzin często nie uzyskują wysokich kwalifikacji, a jak dorosną, to przy niskim wykształceniu ich zarobki są tak małe, że nie pozwalają na wyrwanie się z biedy. Zwłaszcza wtedy, gdy zdecydują się na posiadanie większej liczby dzieci.

Dyplom uczelni nie zapewnia już pracy

Prof. Stanisława Golinowska, Uniwersytet Jagielloński, Instytut Pracy i Spraw Socjalnych

Bieda dzieci i młodzieży jest poważnym problemem społecznym i wynika głównie z trudności startu młodego pokolenia na rynku pracy. Pod tym względem Polska należy do tych krajów UE, w których sytuacja jest wyjątkowo zła. Są regiony, w którym praca jest głównie sezonowa czy dorywcza i niejednokrotnie wykonywana w szarej strefie. Znaczna część młodych ludzi wchodzących na rynek pracy zaczyna od bardzo niskiej płacy. Aby zdobyć miejsce pracy, godzą się nawet na wykonywanie jej nieodpłatnie – w ramach wolontariatu.

A dyplom uczelni nie zapewnia już kariery. Odkładają decyzje o założeniu rodziny. Wyjeżdżają do pracy za granicę. Grupy mniej mobilne i mające dzieci mają największe trudności materialne. Zwiększa je ograniczony dostęp do usług opiekuńczych i wychowawczych dla dzieci, zarówno z powodu braku miejsc w żłobkach i przedszkolach, jak i wysokich cen tych usług. Wtedy nie jest możliwe wykonywanie pracy przez oboje rodziców. Dochody w rodzinie spadają.

W nowej wersji rządowej strategii rozwoju kraju „Polska 2030” problem lepszych szans rozwoju dla młodego pokolenia stanął w centrum spraw do rozwiązania. Szkoda tylko, że jest to program dłuższego okresu, a nie dostatecznie skutecznych bieżących działań. Zauważmy też, że nie stoi na czele programów wyborczych, nawet partii lewicowych.