9,6 mln osób dostaje w Polsce świadczenia społeczne. Głównie są to osoby starsze. 7,83 mln osób otrzymuje świadczenia z ZUS, 1,38 mln z KRUS, 0,35 mln ze służb mundurowych. Biorąc pod uwagę, że jesteśmy stosunkowo młodym społeczeństwem, a pracuje – jak najbardziej optymistycznie szacuje GUS – 16 mln osób, są to dane zatrważające. Wystarczy powiedzieć, że sam ZUS na emerytury wydaje miesięcznie 8,9 mld zł.

System emerytalny

Za tę ogromną liczbę świadczeniobiorców, która powoduje konieczność wyższego opodatkowania pracy zatrudnionych, odpowiadają głównie hojne przywileje emerytalne i rentowe z powodu niezdolności do pracy. Do końca 2008 r. na emerytury z ZUS odchodziły masowo 55-letnie kobiety i 60-letni mężczyźni, a ponad 1,3 mln osób było uprawnionych do emerytur z tytułu szkodliwych warunków pracy. Te ostatnie obejmowały, nie wiedzieć czemu, np. kasjerki w PKP. Udało się je wygasić, ale wciąż do wcześniejszych emerytur pomostowych jest uprawnionych prawie 300 tys. osób. Na tym nie koniec rozdawnictwa. W KRUS na emerytury wciąż odchodzą 55-letnie kobiety i 60-letni mężczyźni, mimo że wcześniej niemal nie płacą składek. Mundurowi to już kwintesencja dewiacji – mogą odejść na emeryturę zaledwie po 15 latach służby. Łącznie na świadczenia dla młodych emerytów sam ZUS przeznacza rocznie około 20 mld zł. Te pieniądze pochodzą z pensji pracujących.

Wciąż niezałatwiona jest także sprawa podwyższenia wieku emerytalnego. A robi to niemal cały świat, bo ludzie żyją dłużej i w lepszym zdrowiu – powinni więc pracować dłużej. Eksperci Instytutu Badań Strukturalnych wyliczyli, że:

– przeciętny Polak pracuje dziś zaledwie połowę życia. Tego nie wytrzyma żaden system ubezpieczeń. Polka jest dziś aktywna zawodowo znacznie krócej (o 10 pkt proc.) niż Holenderka, Dunka i Estonka. Dłuższy jest też czas, jaki spędza na emeryturze – 27 proc. życia,

– gdybyśmy już dziś zaczęli podnosić wiek emerytalny, w latach 2020 – 2022 byłoby 800 tys. więcej pracujących,

– budżet marnuje 17 – 18 mld zł rocznie – z chwilą gdy wiek emerytalny wyniósłby 67 lat, finanse publiczne zyskałyby ok. 1,3 proc. PKB.

Żyć długo, pracować krótko

Zarówno przywileje, jak i niski wiek emerytalny powodują, że Polacy odchodzą z rynku pracy w stosunkowo młodym wieku. Ci, którzy robią to w ZUS, mają średnio 59 lat. Jeszcze młodsi są emeryci KRUS i służb mundurowych. Średnia w UE to ponad 61 lat, a na przykład w Szwecji wynosi ponad 64 lata. Jeśli wypuszczamy z rynku pracy stosunkowo młode osoby, to gospodarka traci podwójnie – trzeba z pieniędzy zatrudnionych wypłacać świadczenia dla osób, które nie opłacają składek i podatków.

Nie jest też prawdą, że 58- czy nawet 60-letni emeryci sami odkładają sobie na starość, wpłacając wcześniej składki. Trzeba do nich dokładać. Przeciwnicy podnoszenia wieku emerytalnego przekonują, że 65-letni emeryt będzie żył jeszcze zaledwie 6 lat. To nieporozumienie. Statystyczną długość dalszego życia osoby starszej mierzy się inaczej niż przewidywaną długość życia noworodka. To dlatego, że osoby starsze przeżyły już rówieśników i średnia statystyczna dla nich się wydłuża (bo nie zaniżają jej ci, którzy wcześnie umarli). A więc rodzącemu się chłopcu prognozuje się 71 lat (stąd te błędnie liczone 6 lat dodawane do 65. roku życia), ale 65-letniemu mężczyźnie – 80 lat. Dlatego ma on przed sobą zgodnie ze statystyką ponad 15 lat. Biorąc pod uwagę okres wypłaty emerytury, nie można dokonywać operacji odejmowania od przewidywanego dalszego trwania życia noworodka wieku odchodzącej na nią osoby. Dotyczy to także kobiet. Rodząca się dziewczynka ma do przeżycia prawie 80 lat. Nie oznacza to jednak, że jeśli odejdzie na emeryturę w wieku 65 lat, będzie ją otrzymywać przez 15 lat. Z danych GUS wynika, że 65-letnia kobieta ma do przeżycia prawie 20 lat.

To właśnie z tej zależności – żyjemy długo, a pracujemy krótko – w systemie zieje dziura. Oto przykład. Jak wynika z danych GUS, 55-letnia kobieta ma statystycznie do przeżycia ponad 27 lat. Jeśli otrzymuje przez ten czas średnią emeryturę z ZUS (obecnie ponad 1790 zł), dostanie 580,2 tys. zł (nie licząc waloryzacji). Wcześniej, zwykle przez 30 lat, wpłacała do ZUS 19,52 proc. pensji. Jeśli zarabiała średnią płacę, daje to (nie licząc waloryzacji jej kapitału) kwotę 245 tys. zł. Trzeba więc do niej dopłacić prawie 334 tys. zł. Dopiero podniesienie wieku emerytalnego kobiet do 63 – 65 lat zapewnia (w obecnych warunkach), że będą one same finansować swoje świadczenia. Utrzymywanie obecnego stanu rzeczy powoduje więc ogromne problemy finansowe ZUS.