. Ma jednak w sobie ziarno prawdy – tak jak mgła szybko pokrywa ziemię, tak rzesza urzędników rozrosła się do prawie pół miliona osób. Osiągnęła taką siłę, że jakiekolwiek ruchy, które mają doprowadzić do jej zmniejszenia, zderzają się ze ścianą. Przekonał się o tym premier. Najpierw rząd musiał się wycofać z własnego projektu ustawy, bo był źle napisany. Później, gdy udało się go poprawić i uchwalić ustawę, prezydent Komorowski skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. Uratować sytuację miało wyraźne polecenie premiera wydane szefom urzędów – zwalniać. I cisza. Urzędy nie redukują etatów, a te, które to robią, w zasadzie tylko markują jakieś działania. A to trochę zwolnią, ale zaraz tyle samo przyjmą. I mają jedno bardzo dobre wytłumaczenie – nowe zadania. A najlepszą wymówką okazała się prezydencja Polski w UE. Tyle że o tym, iż Polska ją obejmie, rząd i urzędnicy wiedzieli na tyle wcześnie, żeby się do niej dobrze przygotować. I tak zrobili, zatrudniając kolejne osoby.

Można się zastanawiać, czy działania szefów urzędów nie są wyrazem ignorowania premiera i utraty przez niego kontroli nad maszyną urzędniczą. Zamiast więc przed wyborami pochwalić się sukcesem w walce z biurokracją, pozostanie mu nerwowe wyczekiwanie i nadzieja na to, że będzie miał jeszcze jedną szansę na uzdrowienie administracji państwowej.