Z informacji „DGP” uzyskanych od ekspertów wynika, że pracodawcy nie zdają sobie sprawy z zakazu dyskryminacji zleceniobiorców i nie dostosowują zawieranych kontraktów do nowych przepisów.

Od 1 stycznia firmy nie mogą dowolnie ustalać wysokości wynagrodzenia osób zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych lub przyznawać im – według swojego uznania – dodatkowych uprawnień pracowniczych (np. płatnego czasu wolnego). Takie zmiany wprowadziła ustawa z 3 grudnia 2010 r. o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania (Dz.U. nr 254, poz. 1700).

– Do tej pory nie zgłosił się do nas żaden pracodawca, który chciałby, abyśmy przeanalizowali zawierane przez niego umowy cywilnoprawne – mówi Izabela Zawacka, radca prawny z Wojewódka i Wspólnicy Kancelaria Prawa Pracy.

Podkreśla, że w okresie zatrudnienia zleceniobiorcy, którzy czują się dyskryminowani, rzadko będą składali pozwy przeciwko firmom o odszkodowania. Ale podobnie jak pracownicy mogą to robić w razie zwolnienia. Nie będą wtedy obawiać się już utraty źródła zarobków.

– Takie zagrożenie jest jak najbardziej realne. Udzielamy coraz wiecej indywidualnych porad wkwestiach dyskryminacji, bowiem zatrudnieni znaja przepisy o równym traktowaniu – mówi Małgorzata Lorenc z firmy Lorenc Doradztwo Personalne.

Podkreśla, że w razie sporu zleceniobiorcy mają duże szanse na wygraną przed sądem, ponieważ firmy są przyzwyczajone do dowolnego ustalania warunków zatrudnienia na podstawie umów cywilnoprawnych. Dodatkowo nie będą oni musieli udowodnić, że przedsiębiorstwo nierówno traktowało poszczególne osoby zatrudnione na zlecenie. Wystarczy jedynie, że to uprawdopodobnią. Problemem może być natomiast wskazanie kryterium, ze względu na które byli dyskryminowani (np. płeć lub wiek).

Aby uniknąć zapłaty odszkodowania, przedsiębiorca będzie musiał udowodnić, że wypłacając niższe wynagrodzenie danemu zleceniobiorcy, kierował się obiektywnymi kryteriami, na przykład jego mniejszą efektywnością czy niższymi kwalifikacjami.