Dziś bardziej niż spokój, doświadczenie i przewidywalność liczą się mobilność, elastyczność i kreatywność. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Bo wiele badań współczesnego rynku pracy pokazuje, że lojalność jeszcze nie całkiem wyszła z mody.

Każdy z nas zna bez wątpienia tzw. job hoppera. Jest to angielski termin na określenie kogoś, kto niczym konik polny (albo szachowy skoczek – w zależności od tłumaczenia, na które się zdecydujemy) przeskakuje z pracy do pracy, coraz wyżej i wyżej, za każdym razem zwiększając swoje pobory, pozycję zawodową i sieć kontaktów. Słuchając jego triumfalnych opowieści, ci, którzy siedzą od kilku lat w tym samym biurowcu, przy tym samym komputerze, na tym samym stanowisku, pękają z zazdrości i czują się jak ostatni frajerzy. Jest jednak nadzieja i dla tych wiernych, przeświadczonych, że utknęli w ślepym zaułku rozwoju zawodowego. Nadzieja płynie z amerykańskiej Doliny Krzemowej.

Z pozoru kalifornijski matecznik nowych technologii to wymarzone miejsce dla job hoppera. Na stosunkowo małej przestrzeni mieszczą się tutaj takie koła zamachowe światowej gospodarki, jak Google, Apple, Hewlett-Packard, Facebook, Yahoo!, Cisco, Intel czy eBay (by wymienić tylko te najbardziej znane). Trudno się więc dziwić, że firmy na potęgę podbierają sobie najbardziej obiecujących pracowników. Tylko z pozoru wychodzi to jednak na dobre niewiernej sile roboczej. Bo gdy ekonomistka ze Szkoły Biznesu renomowanego Uniwersytetu Stanforda Kathryn Shaw przebadała dynamikę płac 50 tys. programistów, dostrzegła, że ci, którzy rzadziej zmieniają pracę, mogą w ciągu 5 – 10 lat liczyć w sumie na wyższe uposażenie od job hopperów. Według Shaw notują oni rocznie średnio 8-procentowy wzrost płac.

Skąd te różnice? Według Shaw pracodawca w większości wypadków woli po prostu wiernych i sprawdzonych. Nie do przecenienia są też więzy psychologiczne, które wraz z wysługą lat nawiązują się pomiędzy podwładnym a szefem. Może być również tak, że pryncypał celowo spowalnia tempo podwyżek dla nowego pracownika, wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, iż ten zgarnął już swój bonus, podpisując intratny kontrakt – coś musiało go przecież przyciągnąć ze starej firmy do nowego miejsca pracy. Kto wie, czy nie ważniejsza jest jednak kwestia produktywności. I znów w średnim okresie zysk z pracownika, który zna specyfikę firmy i panujący w niej układ sił, przebija krótkookresowy zysk z twórczego niepokoju wnoszonego przez napływ do firmy świeżej krwi.

Skąd ten wniosek? Otóż wprost z historii... futbolu amerykańskiego. „The Wall Street Journal” przedstawił niedawno fascynującą analizę statystyk tego najpopularniejszego za oceanem sportu. Wynika z nich, że gracze, którzy zmieniają klub w kolejnym sezonie, zazwyczaj notują lepsze osobiste wyniki niż w poprzednim. Wiadomo: bardziej się starają, chcą pokazać się nowemu trenerowi, wkupić w łaski publiczności i udowodnić swoją przydatność. To tzw. efekt pierwszego sezonu, który potem sukcesywnie spada. Znów jednak biorąc pod uwagę sportowe dokonania w długim okresie (w ciągu więcej niż 5 lat), widać wyraźnie, że ci, którzy nie rozstają się z jednym klubem, osiągają w sumie lepsze wyniki. Bo pojawia się zgranie i pozytywna synergia przynosi rezultaty.

Krótko mówiąc, jest nadzieja dla wszystkich lojalnych. Dotąd mieli po swojej stronie tylko statystyki dowodzące, że wśród 50-, 60- i 70-latków żyjących w stałym związku miłosnym wzrasta średnia długość życia, bo rzadziej cierpią oni na cukrzycę, wysokie ciśnienie czy zawały serca. Teraz mają dowody na to, że wierność opłaca się również w życiu zawodowym.