Na stronach kancelarii premiera liczba ogłoszeń o wolnych stanowiskach lawinowo spadła. Kilka tygodni wcześniej, czyli przed wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy o racjonalizacji zatrudnienia (uznał ją za niekonstytucyjną), pojawiało się średnio 300 ofert. Obecnie jest o połowę mniej.

Ograniczanie naborów to jednak za mało. Konieczne są też zwolnienia lub przynajmniej wykazanie, że zatrudnienie spadło.

– Będziemy wyłączali z urzędu strukturę, która dysponuje środkami europejskimi. Urzędnicy przejdą więc do pracy w tzw. agencji wykonawczej – mówi Marek Kuciński, dyrektor generalny Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Do redukcji we własnym zakresie przygotowują się też niektóre izby skarbowe.

– Nikt jednak tego nie kontroluje – mówi Tomasz Ludwiński z NSZZ „Solidarność”.

Oficjalnie minister finansów nie wydał im polecenia przeprowadzania redukcji. Izby więc robią to na własną rękę. Tak jest np. w izbie łódzkiej. Jej dyrektor polecił zmniejszać zatrudnienie. Z kolei w śląskiej izbie skarbowej reaktywowano zespół ds. racjonalizacji zatrudnienia.

Prawnicy przestrzegają, że jeśli już szefowie urzędów chcą zwalniać pracowników, to powinni to robić w sposób przemyślany. Inaczej będą musieli się liczyć z przywróceniami do pracy lub odszkodowaniami.

– Dyrektorzy powinni zapoznać się z przepisami prawa pracy, a później zwalniać. Muszą więc wykazać, że urząd ma m.in. mniej zadań i niższy fundusz płac – mówi dr Stefan Płażek, adwokat, adiunkt z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Podkreśla, że kolejnym etapem jest sporządzenie kryteriów zwolnień, na podstawie przepisów art. 44 i 45 kodeksu pracy. Dodatkowo nie mogą też dokonywać redukcji w sposób niezgodny z art. 18a k.p., np. zwalniając ze względu na wiek, płeć czy też poglądy polityczne.

Szefowie urzędów nie muszą też decydować się na masowe wręczania wypowiedzeń. Mogą to robić cyklicznie. Wtedy unikną negocjacji ze związkami.