Zapytany co sądzi o wprowadzeniu tzw. emerytury obywatelskiej, czyli inaczej filaru zerowego, proponowanego przez minister pracy, Boni odpowiada, że "to ładnie brzmi, ale może się okazać puste w środku i nie do zrealizowania".

Powrót do systemu jednofilarowego oznacza zdaniem Boniego "podniesienie podatków albo składek w przyszłości. Taki pomysł powoduje, że wydatki publiczne stają się zdominowane przez te o charakterze socjalnym, a nie rozwojowym. A Polsce potrzebne jest przesunięcie wydatków o ok. 5-6 proc. PKB w ciągu kilkunastu lat w kierunku tych drugich. Inaczej nie wygramy w konkurencji ze światem. Bo problemem jest źródło finansowania takiego rozwiązania - ze składką ubezpieczeniową czy bez, czyli z podatków. Chyba, że ta emerytura miałaby wynieść 300-500 zł (dzisiaj najniższa to ok. 700 zł). Ale taka wysokość nie zostanie publicznie zaakceptowana".

Jak podaje Boni w krajach, które przyjęły takie rozwiązanie emerytury są bardzo niskie. Np. w Izraelu - to 20 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Zdaniem szefa doradców premiera "filar zerowy rozumiany jako taki, w którym państwo wypłaca każdemu jakąś minimalną emeryturę, a resztą niech martwią się inni, to radosna twórczość intelektualna. Nawet gdyby składka wynosiła symboliczne 120 zł, jak kiedyś argumentowano, to wówczas roczne wpływy do FUS wynosiłyby ok. 20 mld zł (dzisiaj 96 mld zł), a luka w finansach ZUS wynosiłaby ok. 75 mld zł. Żeby ją uzupełnić trzeba byłoby np. mieć efektywny VAT na poziomie 26-27 proc., PIT zwiększony o 200 proc., albo CIT podwyższony z 19 do 73 proc. A wypłata emerytur w wysokości 700 zł kosztowałaby ok. 55 mld zł, zaś na poziomie 1500 zł przeszło 100 mld zł".

- "To się nie opłaca, uważa Boni. A ponadto niszczylibyśmy kruche poczucie pewności i stabilności, które istnieje w dwufilarowym systemie. Stworzylibyśmy sytuację, w której wiele osób o niskich dochodach zafundowałoby sobie niską emeryturę. A nie można zapominać, że jako społeczeństwo dopiero uczymy się oszczędzać na różne cele".