Od 1 października uczelnie zyskają autonomię w układaniu własnych programów kształcenia. Taką możliwość da im znowelizowana ustawa – Prawo o szkolnictwie wyższym. Eksperci obawiają się, że rektorzy oraz dziekani mogą jej nadużywać i tanim kosztem kształcić studentów. Może to więc doprowadzić do dużych różnic w poziomie kształcenia. Studenci po ukończeniu tych samych kierunków, ale w różnych szkołach, będą bowiem dysponowali nieporównywalną wiedzą. Problemy będą miały zwłaszcza osoby po licencjacie, które mogą nie być przyjęte na studia magisterskie, jeśli uczelnia uzna, że wiedza zdobyta przez nie jest na niskim poziomie. W takiej sytuacji szkoły będą mogły od nich wymagać zdawania egzaminów wstępnych albo uczestnictwa w dodatkowych zajęciach wyrównawczych.

Efekt zastąpi program

Uczelnia już nie będzie musiała układać programów nauczania zgodnie z ministerialnym sylabusem. A tak jest obecnie. Student musi odbyć wyznaczoną przez ministra liczbę zajęć, inaczej nie dostanie dyplomu. Na przykład na wszystkich uczelniach student socjologii musi zaliczyć minimum 30-godzinny kurs logiki.

Od 1 października ważne będzie to, aby student po ukończeniu nauki zdobył określone umiejętności, wiedzę i kompetencje. To oznacza, że osoba, która zacznie studiować wyżej wymienioną socjologię, nie będzie musiała odbyć 30 godzin nauki z logiki. Zgodnie z nowymi przepisami ważne będzie tylko to, aby po ukończeniu studiów zdobyła umiejętność logicznego myślenia. Co oznacza, że jedna uczelnia będzie mogła poświęcić na ten przedmiot 30 godzin nauczania, a druga wcale.

– Może to doprowadzić do sytuacji, w której za dyplomem tego samego kierunku, ale różnych uczelni, będzie stała zupełnie inna ścieżka kształcenia i wiedza – mówi prof. Józef Węglarz, prorektor do spraw studenckich Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Tarnowie.

Dodaje, że obecnie również jest tak, że studenci innych uczelni mogą pochwalić się różną wiedzą, ale przynajmniej wiadomo, że bez względu na to, którą szkołę ukończyli, musieli uczestniczyć w zajęciach wyznaczonych jednolitym dla wszystkich sylabusem (w zakresie minimalnej podstawy programowej).

Początkowe trudności

Tak zwany efekt kształcenia ma chronić studentów przed nieporównywalnymi dyplomami. Pod tym pojęciem kryje się to, co każdy student, bez względu na to, jaką uczelnię i jaki program ukończy, powinien wiedzieć. Tyle że szkoły, szczególnie na początku wprowadzania zmian, mogą kierować się różnymi wyznacznikami i intencjami w układaniu nowej, autorskiej podstawy programowej.

– Istnieje ryzyko, że część uczelni będzie przede wszystkim kierować się kosztem prowadzonych zajęć, a nie jakością zdobywanej podczas nich wiedzy – obawia się Dominika Kita, przewodnicząca Parlamentu Studentów Rzeczypospolitej Polskiej (PSRP).

Nadużyciom ze strony szkół ma zapobiegać Polska Komisja Akredytacyjna (PKA). Profesor Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego, zapewniała, że uczelnie będą kontrolowane z tworzonych programów m.in. przez tę komisję. Ale to może nie wystarczyć.

– W momencie gdy uczelnia otworzy autorski kierunek, komisja będzie jedynie weryfikowała, czy kadra pasuje do oferowanego programu studiów i nic więcej – mówi prof. Marek Rocki, przewodniczącego PKA.

Dodaje, że te uczelnie, które mają uprawnienia habilitacyjne, w ogóle nie będą przez nią kontrolowane pod tym kątem. A sprawdzenie tego, czy uczelnia osiągnęła zakładany efekt, jest możliwe dopiero w momencie ukończenia przez studentów nauki, czyli po trzech bądź pięciu latach.

Mgr tylko dla wybranych

W efekcie stworzenia nowych programów studenci po licencjacie bądź studiach inżynierskich, którzy zdecydują się na kontynuowanie nauki i zdobycie dyplomu magistra, mogą mieć problem z dalszą edukacją.

– Może się okazać, że uczelnia, którą wybrał student, stwierdzi, że mimo bardzo dobrych wyników końcowych po ukończeniu danego programu nauczania nie jest on przygotowany do studiów magisterskich i nie może zostać przyjęty – mówi prof. Jerzy Węglarz.

Profesor Ireneusz Białecki z Uniwersytetu Warszawskiego wyjaśnia, że to dziekan ostatecznie oceni, czy osoba ukończyła program nauczania, który pozwala na przyjęcie na studia magisterskie.

– Jeśli się okaże, że sam dyplom to za mało, to osoba taka będzie musiała zaliczyć dodatkowe zajęcia i uzupełnić swoją wiedzę – dodaje.

Eksperci twierdzą, że niektóre szkoły wyższe mogą też wprowadzać egzaminy wstępne na studia drugiego stopnia, aby na pierwszym roku poziom przyjętych osób był w miarę wyrównany. Mogą też podpisywać porozumienia tylko z wybranymi uczelniami, których programy zapewniają spójność kształcenia, przez co studenci pozostałych mogą mieć problem z dostaniem się do wybranych szkół.