To oznacza, że od 1 lipca znacznie trudniej będzie się leczyć, płacąc z własnej kieszeni.

Do tej pory taki zapis obowiązywał tylko publiczne placówki, co dodatkowo motywowało samorządy do przekształcania je w spółki.

„Odkryty” w ustawie zapis zaskoczył szefów szpitali zebranych wczoraj na I Kongresie Szpitali Prywatnych. Choć, jak podkreślali, do projektu ustawy na etapie prac w Sejmie wnoszono tyle poprawek, że można było się w nich pogubić. Posłanka Beata Małecka-Libera (PO) przyznała, że posłom zależało na tym, by rozdzielić pieniądze prywatne od publicznych.

Idea, choć może i szczytna, oznaczać będzie, że jeśli w prywatnym czy samorządowym szpitalu nie można operować, bo skończył się kontrakt lub są długie kolejki, to za pieniądze też nie będzie można wykonać operacji. – Trudno sobie wyobrazić taką zmianę, bo nie ma prywatnych szpitali utrzymujących się tylko z kontraktu z NFZ – mówi Sławomir Gurgon z Centrum Multi-Medica w Zielonce. Dodaje, że teraz w innych godzinach przyjmuje komercyjnie, a w innych z pieniędzy funduszu.

Poważnych kłopotów spodziewa się też Andrzej Mądrala, wiceszef Pracodawców RP, prezes Centrum Medycznego Mavit, mającego szpitale i przychodnie w Warszawie i Katowicach.

Ale część szefów placówek ma już pomysł, jak ominąć zapis. W ramach szpitala będą musiały działać dwie firmy, z dwoma osobnymi systemami rozliczeń. To doda im biurokratycznych obowiązków i podniesie koszty. Ta sama ustawa poza kijem ma też dla spółek marchewkę. Znosi podział na publiczne i niepubliczne placówki i zastępuje przepisy, które preferencyjnie traktowały samodzielne publiczne zakłady opieki zdrowotnej.