Co więcej, jakakolwiek próba oceny ich pracy i weryfikacji umiejętności kończy się porażką. Urzędnicy zawsze o jeden krok wyprzedzają plany rządu. Tak było, tak jest również obecnie. Premier zapowiada redukcję zatrudnienia, co bardziej przedsiębiorczy urzędnicy już mają załatwione etaty tam, gdzie zwolnień nie będzie. Rząd, szukając oszczędności, zamraża im płace, co sprytniejsi już pracują w urzędach, gdzie podwyżki są niewielkie, ale przyznawane co rok.

O ile takie działanie wydaje się skuteczne z punktu widzenia urzędników, o tyle dla państwa oznacza brak zdrowego rozsądku. Nie prowadzi do zastępowania słabych pracowników skuteczniejszymi i lepiej wykształconymi, nie zmniejsza kosztów utrzymania półmilionowej rzeszy urzędników. Ci bowiem wciąż w tym systemie tkwią i czerpią z niego korzyści.

Nie chodzi o to, żeby uderzać w urzędników jak w pusty bęben. Ale dopóki nie zacznie tam rządzić zdrowa konkurencja, dzięki której urzędników będzie dobierać się według umiejętności, a nie przynależności partyjnej czy zwykłej protekcji, nie ma mowy o uzdrowieniu administracji publicznej. A bez niej nie ma szans na przyjazne urzędy dla każdego z nas.