•  NOWE PRAWO Minister nauki i szkolnictwa wyższego podpisał rozporządzenie w sprawie kształcenia na odległość
  •  Tylko najlepsze uczelnie, głównie publiczne, będą mogły prowadzić studia przez internet
  •  Polacy mieszkający za granicą i cudzoziemcy będą mieli utrudniony dostęp do polskich uczelni

ANALIZA

Resort nauki przesądził właśnie, jakie warunki muszą spełnić uczelnie, aby organizować zajęcia z wykorzystaniem technik i metod kształcenia na odległość. Jedynie uczelnie posiadające prawo nadawania stopnia doktora habilitowanego będą mogły 80 proc. zajęć prowadzić przez internet. Szkoły mające prawo doktoryzowania - 60 proc., a pozostałe - 40 proc. Reszta zajęć będzie musiała odbywać się w siedzibie uczelni. Eksperci twierdzą, że przepisy są zbyt rygorystyczne i dyskryminują szkoły prywatne. Zauważają, że zdecydowanie ograniczą rozwój studiów przez internet.

Dyskryminacja szkół prywatnych

- Rozporządzenie jest bardzo zachowawcze i ogranicza rozwój e-studiów - mówi Marcin Dąbrowski ze SGH, prezes zarządu Stowarzyszenia E-learningu Akademickiego.

Wojciech Zieliński z Polskiego Uniwersytetu Wirtualnego dodaje, że dla uczelni niepublicznych wymagania resortu są trudne do spełnienia. Uprawnienia habilitacyjne mają tylko dwie szkoły prywatne. Doktoryzować może jedynie 12 na 130 szkół prywatnych.

Pozostałe nadają jedynie tytuły licencjata i magistra. Tym szkołom rozporządzenie zamyka drogę do prowadzenia studiów na odległość. Wymaga od nich, aby 60 proc. zajęć prowadziły na uczelni. Tymczasem pracownicy Politechniki Warszawskiej wyliczyli, że na studiach dziennych studenci muszą odbyć tylko 50 proc. zajęć na uczelni. Obowiązkowe są bowiem tylko ćwiczenia.

- Resort nie rozumie, czym są i dla kogo są przeznaczone studia przez internet - mówi Krzysztof Pawłowski, były rektor Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu.

Wojciech Zieliński tłumaczy, że e-studia mają sens, gdy większość zajęć odbywa się zdalnie przy wykorzystaniu internetu i innych technik informatycznych. Rozporządzenie tymczasem może doprowadzić do takiego zmniejszenia liczby zajęć prowadzonych na odległość, że e-studia przestaną być atrakcyjne dla potencjalnych chętnych, a e-learning stanie się tylko uzupełnieniem normalnych studiów. W ten sposób zajęcia odbywają się m.in. na Polish Open University, Szkole Głównej Handlowej czy Uniwersytecie Warszawskim.

Jest podstawa prawna

- Ostateczne rozporządzenie jest na szczęście mniej restrykcyjne niż jego projekt - mówi prof. Jan Madey, dyrektor Centrum Otwartej i Multimedialnej Edukacji Uniwersytetu Warszawskiego.

Projekt rozporządzenia z kwietnia zakładał, że 50 proc. zajęć wszyscy studenci będą musieli odbyć na uczelni.

- Resort nie może dopuścić do powstania takich patologii jak przy tworzeniu szkół niepublicznych, musi dbać o wysoki poziom e-studiów - tłumaczy Michał Seweryński, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Eksperci podkreślają jednak, że dobrze stało się, iż w końcu jest podstawa prawna (rozporządzenie czeka na publikację w dzienniku ustaw) do prowadzenia studiów on-line.

W Polsce pierwsze studia przez internet uruchomiono ponad pięć lat temu, kiedy nie było jeszcze żadnych podstaw prawnych. Obecnie ponad 20 uczelni, w tym Politechnika Warszawska, prowadzi e-studia na wybranych kierunkach.

Stracona szansa

Eksperci uważają, że dzięki pełnym studiom e-learningowym oferta szkół wyższych mogłaby być osiągalna nie tylko dla osób mieszkających z dala od ośrodków akademickich, ale również dla Polaków w USA, Anglii czy Irlandii.

- Nasze uczelnie mogłyby stać się najlepszym polskim produktem eksportowym, zwłaszcza w dziedzinach informatyki i inżynierii. Wystarczy tylko pozwolić im prowadzić wirtualne studia, ale bez obowiązku przeprowadzenia zajęć w tradycyjny sposób - uważa Krzysztof Pawłowski.

Dodaje też, że nowe przepisy zmuszą je do omijania prawa. Aby legalnie prowadzić e-studia, szkoły niemające prawa do doktoryzowania będą musiały założyć filie w Irlandii lub Wielkiej Brytanii, gdzie prawo jest mniej restrykcyjne. Takie rozwiązanie rozważa m.in. Polski Uniwersytet Wirtualny.

Dla kogo e-studia

Studia on-line to obok wieczorowych i zaocznych kolejna forma studiów niestacjonarnych. Wybierają je osoby, które z różnych przyczyn nie mogą studiować w tygodniu lub w weekendy. Na PUW w ubiegłym roku uczyło się ponad 1,1 tys. osób, z czego 180 mieszkających za granicą. Z kolei na Politechnice Warszawskiej obecnie on-line studiuje około 880 osób. Wśród studentów są matki wychowujące dzieci, niepełnosprawni. Elżbieta Piwowarska, pełnomocnik ds. Zaocznych Studiów Inżynierskich na Odległość, dodaje, że taką formę nauki wybierają osoby samodzielne, dojrzałe i wiedzące, co chcą osiągnąć. Studia te są trudniejsze od stacjonarnych i wymagają samodyscypliny.

Do uczelni studenci przyjeżdżają tylko raz na pół roku, wtedy zdają egzaminy, zaliczają laboratoria.

Na co dzień prowadzący wysyłają zadania e-mailem. Studenci mogą zadawać pytania prowadzącemu, a także rozmawiać z nim przez komunikatory. Paulina Koperska, która skończyła na UW podyplomowe e-studia z psychologii zmian postaw i zachowań, uważa, że takie studia wymagają systematyczności.

- Nie można się przez nie prześlizgnąć. Trzeba terminowo zaliczać ćwiczenia - podkreśla.

Przeciwnicy tych studiów twierdzą, że zdając testy przez internet można korzystać z książek, pomocy kolegów, a to obniża ich poziom. Elżbieta Piwowarska mówi, że zdobyta wiedza jest weryfikowana na normalnym egzaminie. Absolwenci studiów on-line bronią się przed tą samą komisją co ich koledzy ze studiów dziennych i nie ma różnicy w poziomie wiedzy.

SZERSZA PERSPEKTYWA

Na świecie ponad 20 uczelni - w tym sześć w USA i siedem w Europie - prowadzi e-studia. W USA przez internet wiedzę zdobywa ponad 2 mln studentów. University of Phoenix - największy prywatny uniwersytet w USA, ma oddział nauczania na odległość kształcący ok. 40 tys. studentów. W Europie e-studia prowadzą m.in. Oxford Uniwersity i The Open University. Ten ostatni od lat promuje się w Polsce, a wielu jego studentów to Polacy.

JOLANTA GÓRA

jolanta.gora@infor.pl