Chcą uniknąć unijnej biurokracji i ryzyka, które wiąże się z realizacją projektów. Zdaniem ekspertów w przyszłej perspektywie finansowej udział firm w wykorzystaniu unijnych funduszy na podnoszenie kwalifikacji pracowników powinien być większy. Może to umożliwić tzw. bon edukacyjny, dzięki któremu pracodawca mógłby samodzielnie wybrać szkolenie, które jego zdaniem będzie najbardziej przydatne pracownikom.

Korzysta co piąty

Jak wynika z najnowszego badania wykonanego przez firmę MillwardBrown SMG/KRC na zlecenie Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, około 19 proc. przedsiębiorców korzysta ze szkoleń finansowanych z funduszy unijnych. To oznacza, że liczba przedsiębiorców, którzy wysyłają pracowników na dotowane szkolenia, wzrosła od 2007 roku prawie dwukrotnie.

Jak podkreśla Jerzy Kwieciński, ekspert Business Centre Club, w poprzedniej perspektywie finansowej z funduszy unijnych skorzystała co 10 firma. Niepokojące jest jednak to, że przedsiębiorcy najchętniej wysyłają pracowników na szkolenia ogólne lub sugerują wręcz, żeby za unijne pieniądze szkolili się z własnej inicjatywy po godzinach pracy. Sami natomiast rzadko sięgają po środki UE na podnoszenie kwalifikacji kadr, w tym zwłaszcza po te, które są dostępne w regionach.

Dotychczas z unijnego wsparcia oferowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości skorzystało 59 tys. przedsiębiorstw, a z dotacji przyznawanych przez urzędy marszałkowskie lub wojewódzkie urzędy pracy – tylko 21 tys. firm. Z założeń PO KL wynika, że takich przedsiębiorstw powinno być 140 tysięcy.

Trudny pieniądz

Do korzystania z projektów, w których występuje pomoc publiczna, przedsiębiorców zniechęca skomplikowana sprawozdawczość.

– Czas, który trzeba poświęcić na dopełnienie wszystkich formalności związanych z obsługą dotowanych szkoleń, to jest koszt pośredni, który musi ponieść firma – mówi Janusz Mirowski, dyrektor ds. rozwoju w firmie Altix.

Jak podkreśla Michał Karlikowski, kierownik działu szkoleń w Firmie 2000, barierą dla przedsiębiorców jest też zakres informacji o przedsiębiorstwie, które trzeba ujawnić, żeby otrzymać unijne środki.

– Nie wszyscy chcą pokazywać swoje obroty, wypełniać dokładnie informacje dotyczące identyfikacji danego podmiotu gospodarczego. Niektórzy przedsiębiorcy nie chcą np. korzystać z możliwości wniesienia wkładu własnego w postaci wynagrodzeń, bo musieliby ujawnić dane o ich zarobkach – podkreśla Michał Karlikowski.

Zdaniem ekspertów przyczyny tego, że po unijne pieniądze rzadko sięgają sami przedsiębiorcy, mają także systemowy charakter. Korzystają z nich głównie firmy szkoleniowe. Tym dużo łatwiej jest napisać projekt szkoleń otwartych o dosyć dużym stopniu ogólności, niż tworzyć programy szkoleniowe dla konkretnej firmy. Jednocześnie wielu przedsiębiorców nie ma odpowiedniego potencjału w postaci działów HR, żeby samodzielnie diagnozować potrzeby szkoleniowe swoich pracowników i tworzyć dla nich programy rozwoju zawodowego.

– Łatwiej jest wysłać pracownika na ogólnodostępne szkolenie otwarte, nawet jeśli nie spełnia ono ani jego oczekiwań, ani przedsiębiorcy – uważa Marzena Chmielewska, dyrektor Departamentu Europejskiego PKPP Lewiatan.

Bon dla przedsiębiorcy

Eksperci zastanawiają się, czy projekty otwarte mają sens. Problem w tym, że jeśli się je wyłączy z EFS, małym firmom, które nie mają potencjału potrzebnego do realizacji unijnego projektu, całkiem zamknie się dostęp do tanich szkoleń. Zdaniem Jerzego Kwiecińskiego warto zatem w perspektywie finansowej 2014 – 2020 (a być może także wcześniej w formie pilotażu) powrócić do idei bonu edukacyjnego. Przedsiębiorcy mieliby możliwość kupowania za fundusze unijne usług szkoleniowych na otwartym rynku. Mogliby więc wybierać szkolenia najbardziej potrzebne ich pracownikom. W ten sposób to nie podaż, ale przedsiębiorcy decydowaliby o tym, na co przeznacza się unijne dofinansowanie.