Mimo że głównym celem reformy szkolnictwa wyższego jest współdziałanie uczelni z biznesem, to zawarty w niej zakaz tworzenia ZOD-ów może odwrócić się przeciwko pracodawcom. Studenci natomiast mogą mieć problem z dokończeniem rozpoczętych w nich studiów.

Firmy bez ekspertów

Uczelnie tworzyły ZOD-y najczęściej na zlecenie pracodawców. Jeśli w małej miejscowości powstawała fabryka, szkoła wyższa mogła szybko otworzyć placówkę, która kształciła specjalistów tylko w ramach określonej dziedziny, np. mechatroniki. Potem jej absolwenci mieli pewne miejsca pracy, a firma wykształconych ekspertów. Nie musiała szukać ich w innym regionie.

Od października uczelnie nie będą mogły tworzyć takich ośrodków. Nadal będą mogły zakładać filie lub wydziały zamiejscowe uczelni. Problem w tym, że nie jest to takie proste jak w przypadku ZOD-ów i sprawia uczelniom wiele kłopotów.

– Przekształcenie ZOD w filie niesie ze sobą m.in. włączenie kolejnych osób w skład senatu i utrudnia funkcjonowanie uczelni – tłumaczy prof. Józef Górniewicz, rektor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego (UWM) w Olsztynie.

Uczelnie już deklarują, że w filie będą przekształcać tylko niektóre ZOD-y. Na przykład UWM zdecyduje się na to w przypadku dwóch z pięciu podległych mu ośrodków. W przypadku ZOD-ów należących do Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie z 14 zostanie zaledwie kilka.

Pozwolenie dla nielicznych

Profesor Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego, tłumaczy decyzję o likwidacji zamiejscowych ośrodków tym, że te oferowały niską jakość kształcenia.

Resort nauki zapewnia jednak, że te uczelnie, które poniosły duże nakłady na rozwój ośrodka, jego infrastrukturę czy stałą kadrę naukowo-dydaktyczną, otrzymają zgodę na dalsze prowadzenie studiów w ZOD. Taką możliwość daje ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego znowelizowana ustawa. Największym problemem jest jednak to, że nie będą już powstawać nowe, w mniejszych miejscowościach.

Studenci bez wyboru

Studenci będą mogli kształcić się w ZOD-ów do końca studiów. Problem mogą jednak mieć ci, którym naukę przerwie konieczność wzięcia urlopu dziekańskiego, np. z powodu zajścia w ciążę czy pogorszenia stanu zdrowia.

– Ci studenci będą mieli możliwość dokończenia kształcenia na macierzystej uczelni – mówi Tomasz Lewiński, specjalista do spraw prawa o szkolnictwie wyższym.

Dodaje, że to jednak będzie wiązało się dla tych osób z dodatkowymi kosztami. Podjęcie nauki w uczelni oddalonej od miejsca zamieszkania oznacza konieczność pokrycie kosztów dojazdów albo wynajęcie mieszkania. A, jak wskazują sami akademicy, w ośrodkach zamiejscowych kształcą się przede wszystkim osoby biedniejsze.