Przedsiębiorcy na razie trzymają jeszcze płace na uwięzi. Jednak to się zmieni. Główną przyczyną będzie galopująca inflacja, a także sukces negocjacyjny pracowników dużych firm.

– Ciągle mamy raczej rynek pracodawcy, a nie pracownika. Bezrobotnych jest dużo i przedsiębiorcy nie mają większych kłopotów kadrowych – tłumaczy wciąż w miarę spokojną sytuację Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy. Potwierdza to Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. – Pracownicy mają osłabioną siłę przetargową, ponieważ przy dużym bezrobociu mamy wciąż napływ nowych absolwentów szkół – mówi.

Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku, dodaje, że przedsiębiorstwa są bardziej ostrożne, bo kontrolują koszty po niedawnym spowolnieniu gospodarczym. – Dlatego nie popuszczają w negocjacjach płacowych – podkreśla Pytlarczyk. – Dzieje się tak również dlatego, że przedsiębiorcy nie są pewni, czy ożywienie w przemyśle będzie trwałe – dodaje Maliszewski.

Ale presja już narasta. Pierwsi o podwyżki upominają się pracownicy dużych firm, w których funkcjonują silne związki zawodowe. Spory i negocjacje odbywają się lub się zakończyły między innymi w Fiacie w Tychach, Jastrzębskiej Spółce Węglowej, KGHM, MAN Bus Starachowice, Lubelskim Węglu Bogdance, Mondi Świecie.

Negocjacje płacowe toczą się też np. w firmie Hutchinson Poland Żywiec 1, zatrudniającej ponad 1200 pracowników. – Chcemy podwyżek, bo drożyzna daje się nam mocno we znaki – mówi Barbara Tomaszek, szefowa NSZZ Solidarność w tej firmie. Większych zarobków oczekują też pracownicy firmy Enion z Krakowa, która jest dystrybutorem energii elektrycznej. – Liczymy na 10 proc. podwyżki, które pokryłoby poziom inflacji i nie pozwoliło na pogorszenie sytuacji pracowników – informuje Mirosław Brzuśnian z NSZZ Solidarność tej firmy. Podobnej podwyżki żądają zatrudnieni w firmie Cabind z branży samochodowej. – Podniosłaby ona średnią płacę o 230 zł brutto przy przeciętnej pensji wynoszącej 2,1 tys. zł – wylicza Paweł Łabus z NSZZ Solidarność.

W trudniejszej sytuacji są pracownicy średnich i małych firm. Ale także oni szykują się do batalii o wyższe płace. – W takich podmiotach podwyżek albo nie ma, albo są sporadyczne dla wybranych, bo nie ma w nich na ogół związków, które mogłyby udzielić wsparcia w staraniach o wyższe zarobki – ocenia prof. Zenon Wiśniewski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Ale także tutaj będzie się to zmieniać.

Górnicy na czele, szwaczki na końcu

W niektórych branżach zarobki są tak wysokie, że ich pracownicy nie odczują zbyt dotkliwie wzrostu cen – wynika z danych GUS. Tam też presja płacowa nie powinna być tak mocna jak w innych, słabiej uposażonych branżach.

● Tradycyjnie najwyższe zarobki są w górnictwie. W lutym przeciętna płaca w kopalniach wyniosła ponad 7 tys. zł, a w grudniu nawet 11,1 tys. zł.

● Na drugim miejscu listy płac są pracownicy zatrudnieni w firmach prowadzących działalność wydawniczą, radiową, telewizyjną i związaną z produkcją filmową – ponad 6,5 tys.

● Za nimi są osoby zatrudnione w przemyśle rafineryjnym i koksowniach, z przeciętną pensją wynoszącą 5,7 tys. zł. Tylko 200 zł niższe zarobki mieli w tym czasie pracownicy transportu wodnego.

● O takich dochodach mogą marzyć np. ci, którzy pracują w firmach odzieżowych. Ich przeciętne pensje brutto wynoszą zaledwie 1,9 tys. zł.

● Niskie wynagrodzenia są także w przedsiębiorstwach zajmujących się produkcją skór i wyrobów skórzanych, gdzie przeciętna płaca wynosi nieco ponad 2 tys. zł. O ponad tysiąc złotych mniej od przeciętnej w sektorze przedsiębiorstw zarabiają także pracownicy zatrudnieni w hotelach i gastronomii – średnio 2,4 tys. zł.

● Tuż przed nimi z pensją o 12 zł wyższą są osoby zatrudnione przy produkcji wyrobów z drewna, korka, słomy i wikliny. Niewiele lepiej mają pracownicy handlu detalicznego z przeciętnym wynagrodzeniem wynoszącym prawie 2,5 tys.