Gdy 18 marca „DGP” informował, że KE grozi nam karami, ostro zaprzeczyły Ministerstwo Rozwoju Regionalnego i Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, gdzie powstawał Syriusz.

Teraz dotarliśmy do pisma minister Elżbiety Bieńkowskiej, szefowej resortu rozwoju regionalnego, do Jolanty Fedak, szefowej resortu pracy, potwierdzającego nasze wiadomości. „KE oczekuje nałożenia korekty finansowej w odniesieniu do umów w projekcie (Syriusz). Przewidywana wartość korekty wyniesie blisko 80 mln zł” – napisała Bieńkowska.

Tymczasem odpowiedzialny za projekt urzędnik Zbigniew Olejniczak awansował niedawno i został dyrektorem centrum projektów informatycznych w MSWiA. Dziś nadzoruje wydawanie 2 mld zł ze środków unijnych.

– Zapytaliśmy o system Syriusz. Ministerstwo Pracy odpowiedziało nam w samych superlatywach, tak samo oceniło pracę dyrektora Olejniczaka – informuje Małgorzata Woźniak, rzecznik MSWiA.

Pieniądze nie muszą jednak przepaść, bo Ministerstwu Rozwoju Regionalnego zabiegało w Brukseli o złagodzenie kary.

– Jeśli Ministerstwo Pracy wymyśli sensowne projekty, to odebrane Syriuszowi pieniądze wydamy właśnie na nie – tłumaczy „DGP” urzędnik Ministerstwa Rozwoju Regionalnego.

Według naszego rozmówcy audytorzy z Brukseli wzięli pod lupę Syriusza, ponieważ trwał on najdłużej oraz był najkosztowniejszy spośród wszystkich projektów pierwszego priorytetu Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Po wizycie w Polsce grupa audytorów z komisji napisała kilkadziesiąt stron uwag do sposobu, w jaki był prowadzony Syriusz.

– Brakowało choćby wyników sondy telefonicznej z zapytaniem, ile inne firmy by sobie życzyły. W ten sposób rozdawano miliony złotych – wyjaśnia jeden z naszych rozmówców.

Ostatecznie wybrana arbitralnie przez urzędników firma Sygnity zbudowała aplikację w zaledwie siedem dni. Odpowiedzialny za odbiór aplikacji Zbigniew Olejniczak, ówczesny dyrektor w Centrum Rozwoju Zasobów Ludzkich, odebrał ją zaledwie w jeden dzień. Tymczasem gdy audytorzy przyjechali do Polski, okazało się, że aplikacja nie działa.