W ubiegłym miesiącu liczba osób otrzymujących emerytury zmalała do 4,983 mln – wynika z najnowszych danych ZUS. Miesiąc wcześniej było ich o 4 tys. więcej, a w listopadzie 2009 roku, gdy ich liczba była na rekordowym poziomie – ponad 5 mln. Do 2009 roku emerytów stale przybywało, i to w szybkim tempie. Na przykład w 2005 roku było ich 3,94 mln. Trzy lat później o ponad 1 mln więcej. Nie ma wątpliwości, że ta zmiana wynika z wygaszenia od stycznia 2009 r. większości przywilejów emerytalnych.

Pracujący w szkodliwych warunkach mogą wprawdzie odchodzić na emerytury pomostowe, ale ich liczba została zredukowano o 800 tys. Rząd wygasił też wcześniejsze emerytury pracownicze. To świadczenia dla 55-letnich kobiet z 30-letnim stażem i 60-letnich mężczyzn z 35 latami stażu. Warunki korzystania z tych świadczeń były bardzo liberalne i ubezpieczeni masowo odchodzili wcześnie z rynku pracy – kobiety miały średnio 56 lat, a mężczyźni nieco ponad 60.

Wygaszenie przywilejów pozytywnie wpływa na wypłacalność Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, którym administruje ZUS. – Mniej emerytów to niższe wydatki FUS, a to oznacza malejące zagrożenie koniecznością podniesienia składek do ZUS – wskazuje Jeremi Mordasewicz z PKPP Lewiatan. Mniejsza liczba osób otrzymujących emerytury nie powoduje też pogorszenia sytuacji na rynku pracy. Ani młodych, ani starszych.

– Mitem jest, że większa liczba osób otrzymujących świadczenia społeczne powoduje spadek bezrobocia dzięki zwalnianiu miejsc pracy dla młodych. Jest wręcz odwrotnie – im więcej osób jest na utrzymaniu pracujących, tym muszą oni płacić wyższe składki, a przez to są drożsi i firmom trudniej ich zatrudnić – mówi Wiktor Wojciechowski z FOR.