Wczoraj w Sejmie odbyło się drugie czytanie przygotowanych przez rząd ustaw, które mają zreformować od października tego roku szkolnictwo wyższe. Są to: ustawa prawo o szkolnictwie wyższym oraz o stopniach naukowych i tytule naukowym.

Najwięcej zastrzeżeń posłowie zgłaszali, obawiając się o jakość kształcenia.

– Może ona ulec obniżeniu m.in. z powodu możliwości zatrudniania na stanowisku rektora osoby, która ma jedynie stopień naukowy doktora – mówi poseł PiS Ryszard Terlecki.

Do poprawy jakości nie przyczynią się też zdaniem posłów tzw. zamienniki. Do minimum kadrowego (które daje uprawnienia do prowadzenia studiów) będą mogł być wliczane np. zamiast jednego doktora habilitowanego dwie osoby ze stopniem doktora albo zamiast doktora dwie z tytułem zawodowym magistra. Z tego rozwiązania będą mogły jednak korzystać tylko te szkoły, które prowadzą studia pierwszego stopnia na kierunkach praktycznych.

Obawy wzbudzały też uproszczenia w procedurze habilitacyjnej. Na przykład nie będzie kolokwium habilitacyjnego.

Posłowie krytykują też sposób finansowania szkolnictwa. W ich ocenie nic się nie zmieni, jeśli reforma nie będzie wsparta zwiększeniem puli pieniędzy na uczelnie.

– Zarobki kadry naukowej są za niskie i nie motywują one wykładowców do pracy. Dlatego są zmuszeni do pracy na kilku etatach – mówi poseł Zbysław Owczarski z PJN.

Dodaje, że obecnie doktoranci zarabiają 1,5 tys. zł, a adiunkci 2,8 tys. zł.

Z tymi zarzutami nie zgadza się prof. Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

– Nigdy jeszcze szkoły wyższe nie były tak wielkim polem inwestycji. Na uczelnie przeznaczone jest 14 mld zł – mówi prof. Barbara Kudrycka.

Dodaje, że już udało się resortowi nauki na dotację projakościową (która jest dla najlepszych szkół) zdobyć 250 mln zł. Ministerstwo przeznacza też coraz więcej środków dla młodych naukowców.