Do Niemiec do pracy wyjedzie w tym roku nawet 400 tys. Polaków – szacuje prof. Krystyna Iglicka, ekonomista i demograf z Uczelni Łazarskiego oraz Centrum Stosunków Międzynarodowych.

Potrzeby kadrowe niemieckiej gospodarki są ogromne. Aby utrzymać 3,5-proc. wzrost gospodarczy, Niemcy od zaraz mogliby zatrudnić 400 tys. ludzi. Przy 6,7-proc. stopie bezrobocia i niskiej dzietności sami nie są w stanie wypełnić wymagań rynku pracy.

Wśród wysoko wykwalifikowanej kadry brakuje im inżynierów i specjalistów IT, a także pracowników z wykształceniem technicznym, m.in. spawaczy, monterów, mechaników, elektryków. Potrzebne są też osoby do prostych prac, takich jak opieka nad dziećmi i osobami starszymi czy sprzątanie.

– Wyjadą nie tylko bezrobotni, ale też pracownicy. Głównie mężczyźni w wieku 30 – 40 lat ze ściany zachodniej, ale pogłębia się też migracja z Polski B – mówi prof. Krystyna Iglicka.

Powodem wyjazdu są oczywiście atrakcyjne wynagrodzenia, często trzy lub cztery razy wyższe niż w Polsce. Inżynier i informatyk w Niemczech zarobi 6 tys. euro miesięcznie, mechanik samochodowy 2 tys. euro, a kelner czy barman 3 tys. euro.

Dla polskich firm otwarcie niemieckiego rynku pracy będzie dużym problemem. Już dziś często mają kłopot ze znalezieniem specjalistów i wykwalifikowanych robotników. Pracowników z Polski, ze Słowacji i z Czech sprowadza coraz więcej firm francuskich i norweskich. Rywalizacja zaostrzy się od maja 2011 roku, kiedy swoje rynki otworzą Niemcy i Austria.

– Żeby zatrzymać pracowników, polscy przedsiębiorcy będą musieli podnieść im wynagrodzenia. W ślad za tym podniosą także ceny świadczonych przez siebie usług – mówi prof. Elżbieta Kryńska z Uniwersytetu Łódzkiego.

Zdaniem prof. Antoniego Rajkiewicza z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego nasze firmy mogą uzupełnić braki kadrowe specjalistami ze Wschodu, zwłaszcza z Ukrainy, a także z Chin, Indii czy Nepalu.