Od stycznia 2011 roku radykalnie zmienią się zasady, na jakich przedsiębiorcy będą korzystać z unijnego Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki (PO KL). Zaczną wtedy obowiązywać nowe wytyczne dotyczące kwalifikowania wydatków oraz zasady finansowania projektów w PO KL.

Jak ustaliliśmy, firmy szkoleniowe mają być ostrzej rozliczane z tego, na co przeznaczają dotację z UE, oraz z efektów działalności. Od zaostrzonych zasad nie ma już odwrotu. Jak zapewnił „DGP” wiceminister rozwoju regionalnego Waldemar Sługocki, wejdą one w życie 1 stycznia.

Zawyżone koszty

Jak wskazał raport przygotowany na zlecenie Ministerstwa Rozwoju Regionalnego (MRR), o którym „DGP” pisał w marcu, niektórzy przedsiębiorcy realizujący projekty szkoleniowe prawie połowę przyznanej dotacji z UE przeznaczali na wynagrodzenia kadry. Od nowego roku dla projektów o najmniejszej wartości (do 500 tys. zł) będzie obowiązywał 30-proc. limit kosztów zarządzania, z zastrzeżeniem, że w uzasadnionych przypadkach może ulec zwiększeniu. W przypadku projektów o budżecie 500 tys. – 1 mln zł, których w PO KL realizuje się najwięcej, na koszty zarządzania projektem będzie można przeznaczyć do 25 proc. budżetu. W projektach o wartości 1 – 2 mln zł te koszty wyniosą maksymalnie 20 proc.

Ograniczone limitem zostaną także koszty pośrednie, związane z funkcjonowaniem przedsiębiorcy, ale nieprzyporządkowane bezpośrednio do zadań realizowanych w projekcie – np. obsługa księgowa czy opłaty za energię. Przedsiębiorcy będą mogli rozliczyć je ryczałtem, ale tylko do określonego limitu. W zależności od wartości projektu na te koszty administracyjne będzie można przeznaczyć 4 – 9 proc. kosztów bezpośrednich.

Limity są realistyczne

Przedsiębiorcy, którzy jeszcze rok temu protestowali przeciw ograniczeniom, pogodzili się już z ich wprowadzeniem.

– Przy takiej ich wysokości będziemy w stanie realizować projekty. Będzie to jednak wymagało wprowadzenia oszczędności i zwiększenia intensywności szkoleń – uważa Krzysztof Joachimczak z Europejskiego Centrum Doradztwa Finansowego.

Natomiast Polska Izba Firm Szkoleniowych (PIFS) podkreśla, że dzięki precyzyjniejszym regulacjom mogą się zmniejszyć różnice w ich interpretacji, z którymi w regionach spotykają się przedsiębiorcy.

– Im jaśniejsze reguły gry, tym mniejsza dowolność i uznaniowość ocen – mówi Marek Dziduszko, wiceprezes PIFS.

Opis kosztów zarządzania trzeba będzie rozpisać w nowym wniosku o dofinansowanie, który także zacznie obowiązywać 1 stycznia.

Efektywność w cenie

To nie koniec zmian. Firma szkoleniowa, gmina czy fundacja, ubiegając się o dotację na projekt PO KL, we wniosku, zamiast opisywać wyłącznie przewidywane rezultaty projektu, będzie musiała zadeklarować osiągnięcie pewnych wskaźników liczbowych. Z ich realizacji po zakończeniu projektu będzie ją można łatwiej rozliczyć.

Jednym z nich będzie efektywność zatrudnieniowa. Upomniała się o nią Komisja Europejska, która uważa, że gdy została wydana już ponad połowa środków przyznanych Polsce na rozwój kapitału ludzkiego, trzeba zwiększyć wymagania wobec firm szkoleniowych. Zdaniem KE efektem ukończenia dotowanego szkolenia powinno być uzyskanie pracy.

– Komisja oczekuje efektywności zatrudnienia dla osób poniżej 24. roku życia w wysokości 40 proc., dla osób starszych 35 proc., a dla niepełnosprawnych 30 proc. – podkreśla Katarzyna Żmudzińska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego.

Komisja zobowiązała regiony, aby w przyszłorocznych konkursach, w których będą kontraktowane szkolenia dla osób bezrobotnych i zagrożonych wykluczeniem społecznym, stosowały takie wskaźniki zatrudnienia. Firmy i fundacje, składając projekty szkoleniowe, będą musiały zobowiązać się do tego, że części z przeszkolonych osób zapewnią pracę. Po zakończeniu realizacji projektu będą z tego rozliczane.

Obecnie firmy szkoleniowe nie mają obowiązku śledzenia losów szkolonych osób. Nie jest tajemnicą, że niektórzy bezrobotni ukończyli nawet kilka kursów dofinansowanych przez UE, pobierając dodatki szkoleniowe oraz korzystając z bezpłatnego cateringu. Mimo to wciąż pozostają bez pracy. Część z nich w ogóle nie jest zainteresowana jej podjęciem, ale część nie może jej znaleźć, ponieważ w ich regionie nie ma pracodawców oferujących zatrudnienie w tych specjalnościach, w których się szkolili.

W takiej sytuacji jest np. Barbara Piekarczuk z Platerówka w woj. mazowieckim, która po skończeniu czterech szkoleń dotowanych przez UE, przygotowujących do egzaminu na prawo jazdy, podjęcia własnej działalności gospodarczej oraz wykonywania zawodu opiekunki osób starszych oraz florystki nadal jest bez pracy. Jak szacujemy, jej przeszkolenie kosztowało prawie 30 tys. zł.

Firmy protestują

Także od nowego roku firmy oferujące bezrobotnym wyłącznie szkolenia będą praktycznie bez szans na otrzymanie dotacji. W konkursach będą wybierane oferty tych przedsiębiorców, którzy zaproponują dodatkowo usługę pośrednictwa pracy. Ich zainteresowanie konkursami może się więc zmniejszyć.

– Jeżeli znalezienie pracy uczestnikom projektu będzie kryterium obowiązkowym, to na pewno ograniczymy naszą aktywność w pozyskiwaniu funduszy UE. Branie na siebie odpowiedzialności za znalezienie tym osobom pracy to duże ryzyko – mówi Olga Odziemczyk, prezes Instytutu Rozwoju Przedsiębiorczości i Inicjatyw Społecznych.

Wątpliwości przedsiębiorców są tym większe, że zgodnie z projektem nowych wytycznych MRR za niezrealizowanie deklaracji przyjętych w projekcie (jako tzw. kryterium dostępu lub kryterium strategiczne) będzie można stracić część lub całość przyznanej dotacji. Dlatego zdaniem Krzysztofa Joachimczaka realizacją takich projektów będą zainteresowani tylko pracodawcy, którzy planują zwiększyć zatrudnienie i sami zamierzają przeszkolić przyszłych pracowników oraz urzędy pracy.

Eksperci chwalą zmiany

Jednak eksperci podkreślają, że całość zmian, które od nowego roku proponuje MRR, idzie w dobrym kierunku.

– Sprawdzanie efektywności tego, jak są wydawane fundusze UE, jest jak najbardziej uzasadnione. Nie chodzi o to, aby poprawiać sytuację firm szkoleniowych, tylko osób, które znajdują się w najtrudniejszej sytuacji na rynku pracy – uważa dr Jacek Liwiński z Uniwersytetu Warszawskiego.