Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w I kwartale 2010 roku stopa bezrobocia w polskich miastach wyniosła 10,7 proc. Wynik był zbliżony do uzyskanego przez polskie wsie (10,4 proc.). Stało się to głównie za sprawą małych miasteczek. O ile w największych miastach powyżej 500 tys. mieszkańców stosunek liczby osób bezrobotnych do liczby osób aktywnych zawodowo przekroczył 6 proc., o tyle w najmniejszych miejscowościach z nadanym prawem miejskim był ponad dwukrotnie wyższy.

Duże miasta wciąż pozostają centrum biznesu. Lokuje się w nich najwięcej przedsiębiorstw, dających zatrudnienie wielu mieszkańcom. Ale w ostatnich latach (szczególnie tych dobrych koniunkturalnie 2006-2008) przedsiębiorcy zaczęli dostrzegać potencjał mniejszych, kilkudziesięciotysięcznych miasteczek. Na „prowincji” swojej szansy próbują głównie firmy branży handlowej, budowlanej, finansowej czy telekomunikacyjnej.

To, czy w małym mieście mieszkańcy mają szansę zrobienia kariery, zależy od wielu czynników. Są wśród z nich, takie jak: obecność dużego zakładu pracy lub skupisko kilku mniejszych, bliska odległość metropolii, przygraniczna lokalizacja czy też warunki do rozwoju turystyki. Rzadko zdarza się, aby niewielkie miasto miało do dyspozycji wszystkie te udogodnienia. Częściej mamy do czynienia z dominacją jednego czynnika, na którym oparty jest lokalny rynek pracy.

Miasto-satelita to bardzo często spotykany w naszym kraju typ małego lub średniego miasta. Jego główną zaletą jest położenie geograficzne – niewielka odległość od dużego ośrodka miejskiego. Przykładem mogą być Krzeszowice, położone 25 km na zachód od centrum Krakowa. Niższe niż krakowskie koszty życia są kuszące szczególnie dla młodych ludzi. Mieszkanie w małym mieście (np. 10 tys. mieszkańców) nie musi bowiem oznaczać rezygnacji z kariery „w wielkim mieście”.